Pokazywanie postów oznaczonych etykietą most. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą most. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2013

Ronda. Trzy końskie łby


- Biorę - rzucił na powitanie spawacz, dłonią z petem wskazując na koński łeb. Stał za ogrodzeniem, brudny i zmięty, depcząc suche, wybujałe chaszcze, nie próbując uciszyć ujadającego psa i najwyraźniej nie zamierzając otworzyć bramy.
- Nie jest na sprzedaż. Chodzi o to, żeby zespawać.
Nieduży żeliwny koński łeb był wieszakiem na płaszcze i kurtki. Handlarz pamiątek z Rondy zrobił na nas interes sezonu wciskając nam - bez żadnej zniżki - trzy takie łby. Bardzo chcieliśmy przywieźć sobie coś z Rondy, która była fantastycznym miasteczkiem, białym w oślepiającym, andaluzyjskim słońcu i rozdartym pośrodku wspaniałą przepaścią, którą spinał stary, kamienny most. Widok z mostu zapierał dech w piersiach i co wrażliwszym wyrywał z gardła soczyste hiszpańskie przekleństwa. Spędziliśmy w Rondzie bardzo przyjemny choć cholernie upalny dzień, zjedliśmy świetny obiad na zacienionym placu i bardzo chcieliśmy sobie coś stamtąd przywieźć, nie spóźniając się przy tym na autobus i nie opuszczając już zacienionej strony ulicy. Handlarz pamiątek wygrzebał nam na zapleczu trzy żeliwne końskie łby z haczykami na płaszcze i nie potrafiliśmy sobie ich odmówić, choć swoim ciężarem mogły zrujnować nasz doskonale spełniający standarty Ryanaira bagaż. Jednemu z nich w podróży ułamał się prawy haczyk i teraz chodziło o to, żeby go przyspawać.

- Biorę - powtórzył spawacz.
- Nie jest na sprzedaż. Trzeba go zespawać.
- Stówę dam - mruknął obrażonym tonem.
- Nie jest do sprzedania. Chodzi o to, żeby pan haczyk przyspawał.
- Stare to? - spojrzał podejrzliwie.
- Nie. Nowe. W sklepie można kupić.
- Za ile?
- Za 50 złotych. Przyspawa pan, czy nie?
- Za dwie stówy by pod Halą poszło i nikt by nie powiedział, że nie antyk - charknął. Pies wciąż skakał, brudząc mu łapami spodnie i ujadając. - Da to.
- Przyspawa pan?
- Przyspawa, nie przyspawa - wyszczerzył się. - Przyjdzie za dwa dni to zobaczy.
- Pokwitowanie jakieś pan wystawi?
- Przyjdzie za dwa dni i se odbierze. Albo za trzy - mruknął, sięgając ponad siatkę i zabierając koński łeb z ułamanym haczykiem. Odwrócił się i nie mówiąc już nic więcej, z psem wciąż skaczącym mu pod nogami, ruszył przez chaszcze w kierunku domu.

Trzy dni pies także ujadał, a spawacz nie otworzył bramy. Podał tylko zespawany łeb nad ogrodzeniem.
- Stówę dam za niego - powtórzył ofertę. - Nie powiedziałby, że to nowe i zobaczyłby, że dwie stówy pod Halą by za to dostał.



piątek, 5 sierpnia 2011

Alcántara. Most nad Tagiem

W barze w Alcantara oferowano świeże żaby; lało jak z cebra i myśl o mokrej, lśniącej skórze płazów odbierała apetyt. Pojechaliśmy prosto na most. Sześć wielkich łuków wydawało się przesadą. Były zbyt wielkie na tę rzekę, zbyt wielkie na to pustkowie. Nawet teraz było to zadupie. Wtedy musiało być nim po tysiąckroć.

Staliśmy w deszczu, patrząc na most. Od czasu do czasu przejeżdżały nim samochody. Ginęły w porównaniu z ogromem łuków, most był za duży i na nie. Jak absurdalnie musiały tu wyglądać maszerujące legiony, te równe linie chłopaków w sandałach, pod sztandarami z orłem? Ilu rocznie mogło ich tędy iść? Davis pisze, że w chwili największego rozkwitu rzymskie legiony liczyły 28 oddziałów po 6 tysięcy ludzi. Ilu rocznie mogło chodzić z Norby do Conimbrigi? I czy naprawdę opłacało się stawiać dla nich ten most i ten łuk ku czci Trajana?

Na jednym krańcu mostu stała maleńka, prosta świątynka. Przypominała trochę schowek na szczotki. Gdzieś pod nią, w jakiejś części gruzu zachowały się być może szczątki Gajusza Juliusza Lacera, architekta mostu. Musiał w niego wierzyć, skoro kazał się tu pochować. Po drugiej stronie rzeki stał domek sprzedawcy pamiątek. Najwidoczniej on także kiedyś uwierzył w most. Teraz ponuro wyglądał przez okna – przejeżdżające samochody ochlapywały wodą z kałuż ceramiczne rzeźby żab, które ustawił przed wejściem. Wydawał się zrezygnowany. Z niemym wyrzutem patrzył w stronę świątynki Lacera. Możliwe, że miał do niego pretensje. Musieli spędzać razem dużo czasu: samotni, połączeni starym, zbyt wielkim mostem na pustkowiu. Niewykluczone, że właściciel sklepu z pamiątkami rozmawiał czasem z architektem, ale trudno było powiedzieć, czy go pociesza, czy robi mu wymówki.