sobota, 7 listopada 2009

Jesień w wieży Babel



- Kawę. Ile płacę?
- Un euro vint.
Jest wcześnie, bardzo wcześnie, właściwie jeszcze szaro i od gór ciągnie nocnym zimnem. To taka pora, kiedy trzeba kawy, żeby zacząć coś rozumieć, więc po prostu kładzie się pieniądze na ladę nie słuchając. Euro pięćdziesiąt.
- Dobrze?
Ale barmanka też jeszcze chyba śpi, w każdym razie patrzy nieprzytomnie na monety i wreszcie niepewnie kiwa głową.
- Un i vint.
Coś w tym, co mówi nie gra, ale jest jeszcze wcześnie i szaro, i trzeba kawy, tylko bez dociekania, euro pięćdziesiąt, liczebniki nie są najważniejsze. Barmance świt też chyba zaszkodził, wpatruje się w cztery monety, obraca je niezdecydowanie, wreszcie odsuwa od siebie dwudziestocentówkę.
- Ara bé.
Ahora bien, vale, vale, okey, dziewczyno. Kawa jest gęsta, choć w plastikowym kubku. Ale barmanka wciąż ma jakieś wątpliwości, kręci się przy kasie. W końcu wraca z dziesięciocentówką.
- Ara bé - mówi, a potem dodaje coś, co na już na pewno nie wzięło się z przedświtu. - Merci.



*
Piękne są wioski w Pirenejach: przycupnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Całe poskładane z jednakowo ociosanych głazów - i domy, i dróżki, i mostki, i wieże, i kościółki. Oczywiście świeci słońce, niższymi górami zawładnęła jesień, na odległych szczytach pocztówkowo bieli się śnieg.
- ... na początku to było rozczarowanie - mówi Kolumbijczyk. - No bo dajcie spokój: poza Brazylią prawie w całej Ameryce Południowej mówi się po hiszpańsku. Na całym kontynencie! A u siebie, we własnym w kraju, nie potrafią się dogadać. Co sto kilometrów inny język!

Ma rację Kolumbijczyk, przesadza ledwie o parę kilometrów. Hiszpanie nie mówią bowiem po hiszpańsku. Ci z Kraju Basków i Navarry porozumiewają się po baskijsku, ci z Katalonii po katalońsku, ci z Galicji po galicyjsku, a ci z Pirenejów - w aranés. Oczywiście, nie wszyscy. Ale na dodatek niektórzy mieszkańcy Aragonii mówią po aragońsku, Asturii po asturyjsku, Leonu po leońsku, a Estremadury po estremadursku. Jest jeszcze fala, czyli mieszanka galicyjskiego z portugalskim, eonaviański, czyli miks asturyjskiego z galicyjskim i mirandes, używany na granicy z Portugalią. Jakby tego było mało, Walencjanie posługują się własną odmianą języka katalońskiego - walenckim, a Murcjanie używają wprawdzie prawdziwego hiszpańskiego, ale nie wymawiają "s". Zaś hiszpański... Cóż hiszpański to tak naprawdę kastylijski. Pytania?



*
- Nie śnieg tu raczej nie pada - mówi kierowca autobusu miejskiego. - Mieszkam w wiosce bliżej gór, tam się zdarza, ale w mieście nie. Ewentualnie deszcz. Proszę? Tak, tu większość mówi po katalońsku. Barcelona jest bardziej kosmopolityczna, tam używa się różnych języków, ludzie częściej porozumiewają się po kastylijsku. W Gironie wolą català. A im dalej w góry, tym trudniej w ogóle znaleźć kogoś, kto będzie chciał po kastylijsku rozmawiać...

*
- Eee, nie, ale często się zdarza, że mieszają języki - Kolumijczyk nachyla się z tylnego siedzenia samochodu. - Albo jedna osoba mówi po kastylijsku, a druga odpowiada po katalońsku. No, chyba, że widzi, że ktoś, jej nie rozumie. Wtedy przejdzie na ten nieszczęsny kastylijski.



*
Jemy. W górach je się solidnie, tłusto, obficie. Kiełbasy, sery. Zawiesiste zupy. Kiełbasy. Mięsa. Wino leje się wprost do ust, cienkim strumieniem. Trzeba przełykać, kiedy ciurka.
- Łatwo zrozumieć, kiedy mówimy po kastylijsku? - Katalończycy uśmiechają się znad kiełbas. - Nic dziwnego. Mamy książkową wymowę. Widzisz, my nie nauczyliśmy się tego języka w domu. Poznaliśmy go na kursie, tak jak wy.

*
Piękne są wioski w Pirenejach: ściśnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Piękna jest jesień w górach: złoto-czerwona, słoneczna. W Cartagenie jesieni nie ma: palmy nie tracą liści, pustynia nie może zżółknąć.
- To jakiego hiszpańskiego chcesz się uczyć? - pyta Kubanka. - Takiego antiguo castellano, czy takiego normalnego, jak mówią ludzie?

poniedziałek, 19 października 2009

Sfinks z Pico


- Wsiadajcie! To dokąd was zawieźć?

Pico była pusta. To było pierwsze wrażenie - kiedy już opuściliśmy prom, złapaliśmy autobus i wysiedliśmy w Lajes, drugim co do wielkości mieście wyspy. Sklepy były pozamykane, restauracje nieczynne, a ulice puste. Nigdzie nie było ludzi. Autobus postał jeszcze chwilę, kierowca przyglądał się nam z zainteresowaniem, wreszcie pojechał, zostawiając nas na bezludnym placu. Samych.

Pico to najmłodsza wyspa Azorów. Jej szczyt strzela w niebo na wysokość tylko trochę niższą niż Rysy. Chmury, które prześlizgują się nad innymi wyspami, nadziewają na niego niczym na wielki czarny szpikulec. Pico otacza przez to często gruby pierścień mgieł; sterczy znad niego tylko ostry czubeczek wulkanu. I prawie nikogo nie ma. Pewnie dlatego tak łatwo złapać stopa.

-Nie, nie jedziemy w tamtą stronę, ale możemy pojechać. No, wskakujcie, na co czekacie?

Na Pico kursuje tylko jeden autobus. No, właściwie dwa. Każdy objeżdża wyspę wzdłuż wybrzeża, do połowy i wraca. Nie ma szans, żeby zobaczyć coś i nim wrócić. Więc - stop. Raz: dwie dziewczyny w wielkim jeepie z portugalskim disco. Dwa: czarnowłosy facet z amerykańskim akcentem. Trzy: leśniczy. Cztery: niemiecki chłopak-turysta. Pięć: dwaj robotnicy z budowy, z transportem cementu. I wreszcie... Sześć: starsze małżeństwo roześmiane tak, jak tylko mogą się śmiać zagraniczni emeryci.

- Wsiadajcie - woła ona. - Zabierzemy was gdzie tylko chcecie!


Pico jest czarna. Czarno-zielona. I widać, że młodziutka: lawa już wprawdzie zastygła, ale wciąż widać jak płynęła, wielkich czarnych kamieni nie stąpił jeszcze wiatr, nie wygładziły deszcze. Pico ostatni raz wybuchła w 1963 r. i jej wulkan wciąż nie powiedział ostatniego słowa.  Ale na razie z czarnych, szorstkich kamieni buduje się łaciate domki i wznosi przemyślnie zaplanowane labirynty dla winorośli. Wina z Pico zachwyciły kiedyś nawet carów!

- O, tu jest nasz dom. Poczekajcie, on zostawi tylko walizkę i odwieziemy was, gdzie chcieliście. Halo, Jose! Tu jest walizka, a my zaraz będziemy, zawieziemy tylko dzieci do Lajos! - woła starsza pani i odwraca się do nas. - Och, ta blondynka to moja siostra, a ten człowiek z bagażami to jej mąż. Tak, wszyscy są z Pico, mieszkają teraz w Kanadzie. Mąż tamtej to mój kuzyn. Ona też jest z Pico, a on z Sao Jorge, poznali się w Stanach...


Sfinks z Pico jest nieduży, ma szpiczaste uszy, z których jedno doklejone jest betonem i przypomina wilczura, który zastygł na rogatkach wioski. A w wiosce - całej z czarnego kamienia - coś się dzieje. W ciemnych wnętrzach domów kobiety przygotowują jedzenie i wino, mężczyźni gadają w cieniu murów, jest niemożliwie gorąco, nigdy nie dowiemy się co to za święto, czy w ogóle będzie tu jakieś święto... Wychodzimy na drogę. Zabiera nas leśniczy.

- Więc jedziecie do Lajes - mówi starsza pani. - Och, zobaczcie. Tu mieszkała moja koleżanka ze szkoły. Teraz jest w Kanadzie, rozwiodła się z mężem. Jej siostrzenica jest lekarką. A tu urodziła się moja ciocia. Och, chcecie, zboczymy trochę, pojedziemy starą drogą. Zobaczycie mój stary dom!


Dawniej Pico żyła z wielorybów. Mężczyźni wypływali w morze na długich, czerwono-błękitnych łodziach. Potem holowali do brzegu wielkie martwe cielska - cała wieś schodziła się oprawiać potwora. Zimą rzeźbiło się w jego kłach nostalgiczne rysunki. Teraz fabryki tranu przerobiono na muzea, ale wielorybnicy wciąż wypatrują ofiar. Nasyłają na nie motorówki pełne turystów.

- W tym domu po prawej mieszkał listonosz. A tam była mleczarnia, widzicie? - starsza pani pokazuje palcem. - Och, zwolnijże! Przecież nic nie zobaczą! Tu jest świetna restauracja. W sezonie prowadzi ją bratanek mojej koleżanki, ona mieszkała pod Toronto, ale zmarła na raka. O, a tu - no zwolnij, prosiłam! - tu był dom mojej mamy. Jak wyszła za tatę, przeprowadzili się o tam i tam się właśnie urodziłam...


Pico jest młoda, czarno-zielona, pusta, spokojna. Jak przystało na dobrych turystów zwiedzamy winnice i przyglądamy się geologicznym formacjom. Ale zwiedzamy też inaczej. Inną Pico. Taką, na której atrakcją jest dom mleczarza, który trzydzieści lat temu wyemigrował do Kanady i stara kamienna chałupa, w której ktoś kiedyś przyszedł na świat.

- No, to gdzie was wysadzić, dzieci? Tutaj? Jesteście pewni, że traficie? To miłych wakacji, kochani, uważajcie na siebie!

wtorek, 6 października 2009

Piknik na Orodruinie

Spokojnie. Już wyschło. Nie od biedy mieszkamy na pustyni...

I dlatego wróćmy jeszcze na chwilę na Azory, dobrze?

Bo Azory są zielone. Azorska zieleń ma niesamowitą, soczystą, jaskrawą barwę - barwę o ton jaśniejszą niż w Polsce, młodziutki kolor wczesnej wiosny, który sprawia, że człowiek, który za długo mieszka na pustyni, czuje się tu jak u Tolkiena w Shire...

Prom z Terceiry na Faial przybił do portu w Horcie późnym wieczorem. Nie planowaliśmy w ogóle odwiedzać tej wyspy. Bruno, niepoprawny lokalny terceirski patriota, pytany o jej atrakcje, wzruszał tylko ramionami. - Caldeira, wulkan, knajpa, nic tam nie ma - mówił. Ale port w Horcie - to była jedyna możliwość, żeby z Terceiry dostać się na Pico, a czarna jak noc Pico kusiła nas swoim szpiczatym czubkiem i sławą najwyższego szczytu Portugalii.

Kiedy planowaliśmy wyjazd na Azory, z bólem serca ograniczyliśmy się do czterech wysp. Byczej Terceiry, szpiczastej Pico, najdalej na zachód wysuniętej Flores i największej Sao Miguel, skąd odlatywał powrotny samolot. Chcieliśmy przemieszczać się między nimi promami - zawiłe, upstrzone tajemniczymi skrótami rozkłady jazdy wisiały w internecie; nawet nie próbowaliśmy ich rozwikłać, całą wiarę pokładając w portowych kasach. Na miejscu jednak promowa łamigłówka nie chciała rozjaśnić się ani na jotę. Na próżno biegaliśmy między biurami dwóch konkurencyjnych kompanii. Wodoloty na Flores odpływały raz na dwa tygodnie - wybierając któryś z nich żadną miarą nie mogliśmy zdążyć na samolot. Statki kursujące na bliższe wyspy zataczały po oceanie dziwne kółka, co jakiś czas z niepojętych przyczyn zmieniając trasy, porty, dni tygodnia i godziny. Nic nie zazębiało się ze sobą, wszystko rozłaziło i w końcu, z długich obliczeń przeprowadzanych na kanapie w biurze turystycznym, wyszło nam, że musimy porzucić marzenia o najdalszym zachodnim kraniuszku Europy, zmienić porty na Pico i zahaczyć o nieplanowany Faial, o którym Bruno mówił, że poza caldeirą, wulkanem i żeglarską mekką Peter's Cafe w sumie nic tam nie ma. Jakby tego wszystkie było mało, prom na Faial przypłynął na Terceirę z dobowym opóźnieniem, o dziwnej i nieistniejącej w rozkładach godzinie...

Tak więc na Faial dotarliśmy późno w nocy, po ciemku minęliśmy upstrzony żeglarskim graffiti port i dopiero rano - rano poraziła nas zieleń. Za naszym oknem rozciągała się olbrzymia, jaskrawo zielona łąka, na której spokojnie pasły się krowy, a dalej, za ledwie kilkukilometrowym pasem błękitnej wody, w niebo bił szpiczasty czubek Pico.

Następnego dnia ruszyliśmy do caldeiry.

Azory są puste w środku. Wszystkie. A przynajmniej takie wrażenie odnosi przybysz, który z wybrzeża nieustannie pnie się wzwyż, ku górze w samym środku wyspy, by przekonać się, że tam, gdzie powinien być szczyt, zieje głęboka, pusta dziura o urwistych brzegach. Caldeira czyli po portugalsku "kociołek", to wielkie zapadlisko w miejscu, gdzie dawniej był stożek wulkanu. Każda wyspa ma taki swój kociołek, czasem wypełniony jeziorkiem, a czasem po prostu uroczo porośnięty trawą, z wielkimi, dzikimi żywopłotami hortensji i krowami pasącymi się malowniczo na samej wąziutkiej krawędzi. Wokół śpiewają skowronki, dziewczyny chodzą boso, hortensje pachną i ta sielanka naprawdę przypomina wesołe Shire.

Wśród brzęczenia pszczół i porykiwania krów zeszliśmy ze szczytu caldeiry, bez wielkiego trudu złapaliśmy stopa i ruszyliśmy na zachód.

A potem minęliśmy latarnię morską i - nagle - znaleźliśmy się w Mordorze, na stokach Orodruiny. Nawet trawa znikła. Przed nami, na stromych, osypujących się zboczach, wiła się ścieżka, która prowadziła do wulkanu.

We wrześniu 1957 r. na Faial zatrzęsła się ziemia. Morze na zachód od wyspy zasyczało i wypuściło gigantyczny grzyb pary, popiołu i pyłu. Na jego tle wielka latarnia morska wyglądała jak miniaturka ze sklepu z pamiątkami. Rozpoczął się, trwający 13 miesięcy, wybuch wulkanu Capelinhos. Przez ten rok na Faial działy się rzeczy niezwykłe i przerażające. Padały deszcze popiołu. Przy zachodnim brzegu pojawiały się i tonęły kolejne wysepki. Na wodzie rozlało się wielkie jezioro lawy. Ziemia drżała, jakby wyspa lada moment miała rozpaść się na pół. Nic więc dziwnego, że prawie połowa mieszkańców Faial uciekła wówczas do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Ich dzieci przyjeżdżają tu teraz na wakacje, przywożąc nabyty amerykański akcent. - Dom moich rodziców wciąż tu stoi - pokazywał nam pięćdziesięcioparolatek, który podwoził nas do wulkanu.

Oczywiście, wspięliśmy się na Orodruinę. Na jej czarnych stokach wciąż leżą gładkie wulkaniczne bomby. Z rozpadlin w ziemi bucha niepokojąco ciepłe powietrze - przypominając, że pod stopami drzemie siła, która wydźwignęła tony skał na wysokość 160 metrów n.p.m. i przysporzyła wyspie Faial oraz Portugalii 600 m2 powierzchni.

A później... Później popłynęliśmy na Pico.

środa, 30 września 2009

Ogłaszam początek pory deszczowej

No i to by było tyle, jeśli chodzi o upały. Lało przez półtorej doby, padły światła na skrzyżowaniach, wybiło kanalizację, Alicante zalane, a w Murcji kobieta utopiła się we własnym samochodzie. Więc niech się cieszy, kto uciekł...

poniedziałek, 28 września 2009

Pamiętniczek z podbitego miasta



Drogi pamiętniczku, nasza sąsiadka jest Piratem z Bomilcaru. Dowiedzieliśmy się o tym całkiem przypadkiem.

Wszystko zaczęło się od tego, że mieliśmy rzymski najazd. Bruk jęczał pod butami legionistów, powietrze rozdzierał ogłuszający warkot bębnów, w porcie raz po raz lądowały oddziały sprzymierzonych barbarzyńców, z miejskich murów lał się wrzątek (tylko, że wystudzony) i skądś przyplątał się nawet wielki pluszowy słoń bojowy. Słoń należał do wojsk Hanibala, wyruszającego na podbój Rzymu wprost spod naszego ratusza, a zaraz za słoniem na ów Rzym udawała się nasza sąsiadka z piątego piętra.

To w ogóle był dość szalony tydzień w Cartagnie, drogi pamiętniku.



Już w piątek po pracy Publiusz Korneliusz Scypion założył swój szyszak ze szczotką i wrzeszczał pod ratuszem, że nas zmiażdży, niech żyje Rzym oraz śmierć Cartagenie. Następnie na głównej ulicy odbyła się demonstracja rzymskiej siły i - niejako przy okazji - kultury, bo za każdym oddziałem konnym defilował pan w maleńkiej śmieciareczce, na wypadek, gdyby któreś zwierzę zachowało się niegodnie. Tak nas to ujęło, że zdecydowaliśmy się odwiedzić Circo Romano, zlokalizowane akuratnie w bezpośrednim sąsiedztwie supermarketu Eroski. Zabawa była przednia, bo wyścigi rydwanów wygrał nasz, Cartagińczyk i nastrój trochę tylko psuły dzieci, które ciągle domagały się, żeby ułaskawiać gladiatorów. Doprawdy, kto zabiera dzieci do cyrku?! Ostatecznie jednak dostaliśmy i igrzysk, i chleba, bo do każdego biletu dołączony był kupon na hamburgera w MacDonaldzie. Wieczór - udany, a ten Rzym jednak nie taki zły, jak się okazuje.



Już, już, drogi pamiętniczku, mieliśmy być za Rzymem, ale nazajutrz do portu zwalili się barbarzyńcy i najemnicy Hanibala. No i okazało się, że w mężczyznach bardziej niż mundur cenię jednak... futro. No, bo jakie oni mieli futra...! Oj, pamiętniczku: czarne lisy na ramionach, srebrne ogony przy sztandarach, pióra i rogi na głowach... Na dodatek grali na kobzach i muszlach, i w ogóle byli jacyś bardziej wyluzowani niż ci Rzymianie. Zwłaszcza Barbarzyńcy z Balearów. A przy okazji parady wyszło, że Hanibal ma całkiem zmysłowe usta i teraz jestem mu nawet w stanie wybaczyć, że nas nie zaprosił na wesele z tą całą Himilce. I tak byśmy nie poszli, bo i w czym. W każdym razie chłopaki pomaszerowali zdobywać Rzym z pluszowym słoniem i naszą sąsiadką.



No, właśnie, z sąsiadką! Bo - wyobraź sobie, drogi pamiętniczku, że zaraz za Barbarzyńcami z Balearów maszerowali Piraci z Bomilcaru. Płci obojga. Więc patrzę, patrzę na tych piratów i co widzę? Naszą sąsiadkę z piątego! Złoty diadem na głowie, jedwabne fatałaszki i pląsa w takt bębnów! A musisz wiedzieć, drogi pamiętniczku, że nasza sąsiadka z piątego to nie jest żadna nieletnia podfruwajka z anoreksją, ale poważna siwowłosa pani, która wygląda wypisz-wymaluj jak moja dawna internistka z przychodni w Nowej Hucie! Czy wyobrażasz sobie, drogi pamiętniczku, internistkę z Nowej Huty w ćwiekach i jedwabiach na ulicznej paradzie? No, ja myślę, że sobie nie wyobrażasz!
Zagadałam uprzejmie do sąsiadki, ale odkąd ścięłam włosy, sama siebie nie poznaję w lustrze, więc tylko z surową miną wręczyła mi firmową naklejkę Piratów i popląsała dalej.


W sobotę poszliśmy pod zamek obejrzeć bitwę. Ludzi nazbierało się sporo i zza zabezpieczających barierek już w ogóle nic nie było widać, więc musieliśmy przemknąć na samo pole bitwy chyłkiem za jakimś legionem. No, trochę się tłukli. Jeden żołnierz to nawet spadł z konia. Ale to i tak było nic w porównaniu z tym, co wyprawiały dzieci (kto zabiera dzieci na pole bitwy?!). Ledwie łucznicy wypuścili pierwszą serię, te małe potwory, z wrzaskiem gorszym niż barbarzyńcy Hanibala, rzuciły się zbierać strzały. 
Bitwę na koniec przegraliśmy. Zachrypnięty konferansjer oznajmił Rzymianom, że wygrali,  bo, jak co roku, daliśmy im wygrać. Scypion się nie przejął i i tak poleciał udzielać wywiadów telewizji. 



Następnego dnia główną ulicę pod naszym blokiem zamknięto na paradę połączonych sił rzymsko-cartagińskich. Poszłam, bo co będę siedzieć w domu. Wzdłuż krawężnika wynajmowano plastikowe krzesełka, a młodociani bandyci (założę się, że ci sami) obsiedli ciasno śmietnik, bezlitośnie walczyli o rzucane przez żołnierzy cukierki i próbowali nawet dobrać się do pompowanego z posągu bogini nektaru.


Słowem - było uroczo. Konie, ognie, futra, sztandary, zbroje. Z wyprawy na Rzym wrócił nawet pluszowy słoń. Na próżno wypatrywałam tylko wśród Piratów z Bomilcaru naszej sąsiadki z piątego. Wojna wojną, ale zawsze oddawała nam pranie, które spadło na jej sznurki, więc mam nadzieję, że nic jej się nie stało.


sobota, 19 września 2009

A tymczasem w Cartagenie...


...najazd.

piątek, 11 września 2009

Zupa z Ducha


- Przepraszam, czy orientuje się pani gdzie możemy zjeść zupę z Ducha Świętego?

- O tej porze roku? Obawiam się, że nigdzie...

- Może w jakiejś restauracji z kuchnią regionalną?

- Raczej nie. Nawet w sezonie restauracje rzadko ją gotują. To takie danie domowe, każda gospodyni robi je sama, dla swojej rodziny...

- Ale nam tak bardzo zależy! Strasznie chcielibyśmy spróbować.

- Cóż, w Angra do Heroismo nie ma szans. Ale w Sao Sebastiao jest miła knajpka z lokalnymi daniami. Może się zgodzą, zwłaszcza jeśli to ma być dla większej grupy...

*

Na Terceirze, trzeciej co do wielkości wyspie portugalskiego archipelagu Azorów, mieszka 55 tysięcy ludzi. I podobno wszyscy są szaleni. - Najbardziej ze wszystkich azorczyków - powtarzał Bruno, młody biotechnolog, autor radiowych piosenek i twórca bloga o bykach na sznurku. Bruno z oddaniem wprowadzał nas w tajniki życia na Terceirze i smutniał tylko, gdy opowiadał jak ludzie z sąsiedniej wyspy Sao Miguel gotują mięso i warzywa w wielkich garach, zakopywanych w wulkanie. - Kiedy Pan Bóg stwarzał Azory, pomylił się - mówił, a w jego głosie pojawiała się nutka zazdrości. - To miało być u nas...

Archipelag Azorów składa się z dziewięciu wulkanicznych wysp. I, choć, zakrawa to na banał rodem z turystycznego folderu, każda jest inna. Terceira przypomina regularną zielono-zieloną szachownicę. Kiedy Pan Bóg ją stwarzał, zamiast wulkanicznej kuchni, dał jej soczyste pastwiska, które ludzie podzielili między siebie niskimi murkami z czarnych kamieni, a mieszkańcom zaszczepił szaloną, gorącą krew i miłość do byków. Oraz do Ducha Świętego. Na Terceirze większość imperios - niedużych, bajecznie kolorowych kapliczek, przypominających niewielkie domki, nosi wezwanie Espirito Santo, a największe święto religijne to Zielone Świątki. I właśnie z okazji Zielonych Świątek tutejsze gospodynie gotują zupę z Ducha Świętego.

*

- Halo, tak? Oj, nie, nie mamy. Nie. A to by miało być dla ilu osób? Dla dwóch...? Rozumiem. Proszę poczekać, zapytam kucharza. Halo? Dobrze, to na którą godzinę zarezerwować stolik?

*

- ...albo na przykład ze święconej wody. Dostajesz talerz z gorącą święconą wodą... - spekulowaliśmy pod błękitno-żółtym imperio w Sao Amaro. Autobus, który kilka razy dziennie okrąża wyspę uciekł nam w Angrze i widmo spóźnienia się na zamówiony obiad głęboko zajrzało nam w oczy. - ...wodą, poświęconą przez biskupa na specjalnym nabożeństwie raz do roku - zupełnie nie mieściło nam się w głowach, dlaczego tak trudno zdobyć zupę z Ducha Świętego. Przecież powinna być turystycznym must have! My już po lakonicznej wzmiance w przewodniku wiedzieliśmy, że nie wyjedziemy z Terceiry zanim jej nie spróbujemy... Staliśmy więc pod błękitno-żółtym imperio, kiwając na stopa i dopiero życzliwy kierowca przerwał nam obmyślanie coraz bardziej egzotycznych składników oraz rytuałów.

- Dokąd was zabrać? Do Sao Sebastiao? Wsiadajcie, wsiadajcie, pojedziemy ładniejszą drogą, pokażę wam wioskę, gdzie się urodziłem...

*

Restauracja była ciemna, przytulna i niemal pusta. Tylko przy stoliku pod oknem dwie starsze Angielki szeptały, nachylając się do siebie nad talerzami z lokalnym serem.

- Mamy rezerwację na zupę z Ducha... - przypomnieliśmy się kelnerce.

- Czy życzą sobie państwo przekąski?

Popatrzyliśmy po sobie.

- Nie, nie. Od razu zupę...

- A na drugie danie?

- Jeszcze nie wiemy. Na razie zupę...

Kelnerka uśmiechnęła się wyrozumiale i zniknęła na zapleczu. Po chwili wróciła z wielką metalową wazą. Sięgaliśmy do pokrywki ostrożnie, jakby na naszym stoliku, na białym haftowanym obrusie, stanął właśnie święty Graal. Ze środka zapachniało gulaszem, kapustą i rozmoczonym chlebem...