Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z przygód hiszpańskiej gospodyni domowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z przygód hiszpańskiej gospodyni domowej. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2011

Albacete. Trochę prozy o ślimakach

Były różne dni; był na przykład taki, kiedy pani w supermarkecie pouciekały ślimaki. Trzymała je zamotane w siatkę o drobnych oczkach, ale oczka były na tyle szerokie, że zatrzymywały tylko muszle. To, co wylazło z muszli, rozpełzało się w bezładnej, ślamazarnej ucieczce po całym stoisku rybnym. Pamiętam zwłaszcza jednego: pełzł po metalowym rancie pomiędzy pojemnikami, gdzie na kruszonym lodzie szczerzyły kły morszczuki. Miał niezłe tempo i aż korciło mnie, żeby w nagrodę za dzielność schować go do kieszeni i wynieść ze sklepu, ale nie wiedziałam, czy ochroniarze nie oskarżą mnie o kradzież. Nie wiem, co się z nim stało. Umknął? Zagarnięto go na powrót do siatki? Spadł na lód i zamarzł?

Był też taki dzień, kiedy pojechaliśmy na spacer za miasto. Szliśmy dróżką między zapuszczonymi ogrodami i widzieliśmy, jak na siatkach ogrodzeń trwa wielka ślimacza orgia. Maleńkie śliskie ciałka, czasem w zamieszaniu gubiąc białe skorupki, wspinały się po drutach i po sobie nawzajem w samobójczym pędzie wzwyż. Można było zbierać je gronami jak porzeczki, ale zapadał już zmierzch i nie było nikogo, kto by to robił.

Był też taki dzień, kiedy błądziliśmy po Kadyksie i wszędzie wisiały napisy "hay caracoles", "są ślimaki" - wyklejone folią, wyrysowane dziecięcą rączką, wydrukowane z komputera - a my nie mogliśmy się zdecydować na żaden lokal i w końcu nic nie zjedliśmy. I był jeszcze taki dzień, kiedy po prostu usiedliśmy przy stoliku koło parku i zapytaliśmy kelnera, czy są. - Tak, ale tylko te małe - powiedział, a my ucieszyliśmy się, bo chodziło nam właśnie o te małe i baliśmy się, że skończył się na nie sezon.

Tego dnia dostaliśmy talerzyk z całym stadkiem. Jedliśmy z czystym sumieniem. Ślimaczyliśmy się tak bardzo, że nie mogło być wśród nich dzielnego uciekiniera z lady z morszczukami.


sobota, 20 czerwca 2009

Fastfood. Historia z dwoma morałami


Pierwszy hiszpański fastfood widzieliśmy w Lorce. Na placyku w centrum miasta rozłożył się wielki namiot, bruk lepił się od rozlanego piwa, grała muzyka i wszędzie walały się śmieci. Przy barze kłębił się tłum. Unurzany w tłuszczu sprzedawca wydawał plastikowe kubki z piwem i winem, plastikowe talerzyki z małżami w sosie czosnkowym lub krążkami panierowanych kalmarów oraz zawinięte w rulon z gazety smażone krewetki. Krzesła także były plastikowe, turystyczne stoliki kolebały się, pod nogami zgrzytały puste muszelki i pancerzyki krewetek... Jedzenie było rewelacyjne. A że każdy szanujący się hiszpański supermarket ma olbrzymią, wyłożoną lodem ladę z tanimi owocami morza, nasza oklejona taśmą a la MacGyver kuchnia stała się poligonem doświadczalnym.
Kalmary wyszły twarde jak gumowa podeszwa. Za to okazało się, że smażenie krewetek poziomem trudności odpowiada robieniu frytek.
Dziesięciominutowy przepis na smażone krewetki
W garnku o grubych ściankach rozgrzej oliwę (jak olej na frytki). Wrzuć kilka całych ząbków czosnku. Kiedy czosnek zbrązowieje, wyjmij go. Wrzuć umyte i osolone krewetki. Smaż aż zrobią się złote. Wyjmij z tłuszczu i odsącz na papierowym ręczniku.

Na drugi ogień poszły almejas, czyli malutkie małże - to one żyją w tych muszelkach, które najczęściej przywozi się z wakacji nad morzem.
Dziesięciominutowy przepis na almejas w sosie czosnkowym, cz. 1

Paczuszkę almejas dokładnie umyj, żeby wypłukać piasek. W garnku rozgrzej oliwę, wrzuć kilka ząbków drobno pokrojonego czosnku. Kiedy czosnek się podsmaży, wlej szklankę najtańszego białego wina, wsyp pietruszkę i wrzuć muszelki...
I tu zaczyna się całkiem nowa historia. Gdy bowiem zamierzyłam się, żeby wrzucić muszelki do wrzącego sosu, jedna, zupełnie niespodziewanie... uchyliła wieczko i wystawiła nóżkę. Czy co tam mają małże. Wystawiła, pomachała i zaraz schowała. No i jakoś tak głupio już było ją zjeść...

Nalaliśmy małżowi wody do szklanki, posoliliśmy, żeby udawała morską, całość ustawiliśmy w zacienionym miejscu. Małż w szklance ponownie wystawił czułki, pokręcił się trochę, obmacał dokładnie szkło. Pomyśleliśmy, że może być głodny, ale wikipedia na pytanie "co jedzą małże" odpowiedziała jedynie, że filtrują wodę z substancji organicznych. Z desperacji wrzuciliśmy do szklanki trochę pokruszonego brokuła.


Wczoraj pojechaliśmy na plażę i wrzuciliśmy naszego małża do morza. Oby miał tam dużo substancji organicznych do filtrowana.

Ta historia ma dwa morały. Jeden jest piękny, a drugi brzydki. Piękny uwzględnia punkt widzenia małża i brzmi: pamiętaj, zawsze walcz aż do końca! Nigdy, przenigdy się nie poddawaj! Brzydki morał dotyczy ludzi i mówi: na podstawie tej historii możesz tłumaczyć dzieciom, co to jest hipokryzja. Bo...

Dziesięciominutowy przepis na almejas w sosie czosnkowym, cz. 2

... resztę muszelek wrzuć do gotującego się sosu. Garnek przykryj. Gotuj aż pod wpływem gorącej pary wszystkie muszelki się otworzą. Podawaj z chlebem i resztą taniego białego wina.
Smacznego!

wtorek, 16 czerwca 2009

Z przygód hiszpańskiej gospodyni domowej (2). Zwierzęta domowe


W ogóle się nie dziwię, że zaraza, która na początku XX wieku wybiła trzy czwarte ludności Europy nazywała się hiszpanka. A-ni-tro-chę.
Pierwszego świerszcza znalazłam na klatce schodowej. Leżał rozdeptany na schodach, tuż przy wyjściu i kiedy wracałam już go nie było. Drugi, przed gwałtowną śmiercią, zdążył przebiec pół naszego przedpokoju. Nie, nie przeskoczyć. P r z e b i e c. I to powinno było wzbudzić moje podejrzenia. Ale, powiedzmy to sobie, wolałam nie być podejrzliwa. Świerszcz to świerszcz. Cykada. Szarańcze są duże.
Trzecia szarańcza siedziała na suszarce do naczyń, była długości długopisu i na pewno miała prawe oko. Wiem, bo właśnie tym okiem na mnie patrzyła. Możliwe, że miała też inne elementy, ale za to nie ręczę. W każdym razie, uciekając, schowała się w silniku pralki, skąd została - oczywiście, nie przeze mnie - wyproszona siłą i ostatecznie.
Zasięgnęliśmy porady u Victorii. Victoria dobrotliwie się roześmiała.
- Żadna szarańcza - powiedziała. - To la cucaracha. Odmiana amerykańska, one są takie wielkie. Paskudne, ale niegroźne. Przychodzą pić wodę. Włażą rurami, albo wlatują przez okna, czasem można rozdeptać na ulicy jak spadnie z drzewa. Kupcie sobie pułapki, porozstawiajcie po kątach, są też takie specjalne odstraszacze, zaraz wam narysuję...
I tak dowiedzieliśmy się, że na siódmym piętrze grasują karaluchy. Długości długopisu. L a t a j ą c e.
Ultradźwiękowy odstraszacz szczurów i karaluchów - plastikowe pudełko z mrugającą żaróweczką, bez baterii w zestawie - kosztował 19 euro. Kolejnego świerszcza znaleźliśmy dwa metry od niego. Pił sobie spokojnie wodę i nie wyglądał na specjalnie odstraszonego. Esteban poradził, żebyśmy sprawdzili, czy mamy szczelne rury i zatykali na noc odpływy wody w kranach. Sprawdziliśmy i pozatykaliśmy. Przy okazji odkryliśmy podejrzane szpary w okapie kuchennym. Je też uszczelniliśmy.
Następny świerszcz wystawał do połowy zza szafki kuchennej i radośnie machał do mnie swym długim wąsem...
Obecnie nasza kuchnia jest obklejona kilkoma metrami samoprzylepnej taśmy a la MacGyver, która zasłania zbędne odpływy wody, uszczelnia szpary w okapie i solidnie spaja meble z kafelkami na ścianach. W rogach tkwią pułapki, a w sypialni rytmicznie pulsuje ultradźwiękowy odstraszacz. Jest cisza, spokój. Od kilku tygodni nie widzieliśmy żadnego świerszcza. Widocznie poszły szukać bardziej przyjaznego wodopoju.
Za to teraz mamy mrówki.

czwartek, 26 marca 2009

L4, czyli klątwa Montezumy

- To niemożliwe - powiedział prof. J. - Tej choroby nie ma już od paru wieków.
A jednak. Idealna hiszpańska broń biologiczna. Szybka i mordercza. To dzięki niej Hernan Cortes i jego trzystu chłopców jak w masło weszli w bronione przez kilka tysięcy wojowników Królestwo Azteków. To ona zabiła imperatora, przywódców i ponad dziewięćdziesiąt procent populacji Inków, a potem oddała hiszpańskim konkwistadorom ich złoto i ziemie...
Był 1520 rok, Cortes, biały blondyn, przez Indian witany jako wyczekiwany bóg, próbował zapanować nad azteckim królestwem. Bezskutecznie. Tenochtitlan wstrząsnęła potężna rebelia, Hiszpanie musieli uciekać, porzucając rannych i zabitych. Nie wiedzieli, że jeden z nich jest chory... Poważnie chory. Po roku azteckie miasto przypominało cmentarz. Niepogrzebane trupy leżały na ulicach. Wiele domów zawalono, by pogrzebać zmarłych. Cortes bez kłopotu zawładnął stolicą.
Lekarz z ośrodka zdrowia aż podskoczył z radości i zawołał kolegę z zaplecza.
- Stary, patrz, jaka śliczniutka!
Bynajmniej nie chodziło mu o mnie, tylko o kropkę za moim uchem. Kolega zajrzał i ucieszył się jak dziecko.
A potem powiedzieliśmy profesorowi J., a prof. J wyraził swoją wątpliwość.
- Ależ ona została w Europie wytępiona wieki temu...
Sprawdziliśmy - w słowniku stało jak byk piękne słówko: viruela. A jednak, coś wyraźnie było nie tak.
I wtedy okazało się, że Hiszpanie mają dwie nazwy: viruela i varicela, a to, co tak ucieszyło pana doktora to jednak nie to samo, co wykończyło Montezumę.
Taką przynajmniej mam nadzieję.

niedziela, 15 lutego 2009

Żarłacze

Żarłacz błękitny. Smukły, o długim wyciągniętym pysku, osiąga długość do czterech metrów. Oczy owalne, pięć szczelin skrzelowych, brak tryskawek. Zęby duże, trójkątne, o pikowanych brzegach. Występuje we wszystkich ciepłych morzach na kuli ziemskiej. Aktywny głównie nocą. Gatunek szczególnie agresywny, zdarza się, że atakuje kąpiących się lub nurkujących ludzi.
Zjedliśmy go. Wczoraj. Na obiad.
A dowiedzieliśmy się o tym dzisiaj. Tak to jest, jak się chodzi do sklepu bez słownika...!

środa, 4 lutego 2009

Wieści z frontu

Ponieważ sprawa odkamieniacza do czajnika lotem błyskawicy obiegła już pół Europy, budząc zainteresowanie obywateli wielu krajów, czuję się zobowiązana kontynuować temat.
Otóż, ocet...!
Co, jak co, ale ocet był na półkach nawet w Nowej Hucie lat osiemdziesiątych (niekiedy, co prawda, wyłącznie) i nie ma po prostu takiej szansy, żeby nie było go w Hiszpanii. Prawda?
Nieprawda.
Na hiszpańskich półkach coś takiego jak zwykły, normalny ocet nie występuje. Nie ma. Jest ocet balsamico, jest ocet z jabłek, jest ocet z białego wina, jest ocet z wina czerwonego. Co tylko chcecie. Poza zwykłym, polskim, kryzysowym octem spirytusowym. To by było za proste.
W związku z powyższym udaję się teraz do kuchni gotować w czajniku ocet z białego wina. Hej, przygoda, przygoda, każdej chwili szkoda...!

poniedziałek, 2 lutego 2009

Ambasador dobrej woli


Dziewczyny na gimnasio interesują się moim pochodzeniem.
- Jesteś Angielką? - pytają.
- Polką.
Kiwają z powagą głowami i widać, że nic im ta Polska nie mówi. Drążą więc lingwistycznie.
- Polski jest podobny do angielskiego, prawda?
- A skąd - mówię uczciwie, choć robi mi się jakoś tak ciepło na sercu. Patrzcie...! Wreszcie jesteśmy w Europie! Kojarzymy się z Europą! Z zachodnią...! Lecz zaraz potem przychodzą wyrzuty sumienia. Przecież powinnam im powiedzieć. Co? No, wiadomo co: do jakiego języka podobny jest polski. I robi mi się żal. Przecież, jeśli powiem, wszystko przepadło. Włączy im się stereotyp skojarzą nas na zawsze: wódka-bałałajka-białeniedźwiedzie-mafia-komuna-złodziejesamochodów... Nic z tego! Nie powiem...!
- Do niemieckiego jest bardzo podobny - z wyższością oznajmia Matka Grubej Nastolatki.
Ech...
- Do rosyjskiego - kapituluję. Niech zaczną zamykać szafki w szatni. Bracia Słowianie, będziemy razem dźwigać krzywdzący stereotyp. - Jest prawie taki sam jak rosyjski.
Znów kiwają głowami. No, no, z tak daleka!
I niech mi teraz ktoś, z łaski swojej, wytłumaczy parę rzeczy. Przede wszystkim: dlaczego bałałajka i białe niedźwiedzie? Czemu wódka? Skąd mi się to wszystko wzięło i czemu tak - pstryk! - wylazło?
Jeśli natomiast chodzi o gimnasio... W języku polskim, podobnym do rosyjskiego, zaś wcale nie podobnym do angielskiego, nazwalibyśmy to jednym, krótkim i dosadnym, słowem. Fitness.

środa, 28 stycznia 2009

Z przygód hiszpańskiej gospodyni domowej

Otóż nie kupiłam odkamieniacza.

(Uwaga techniczna: to jest notka dla pań, panom może się wydać niezrozumiała, emocjonalna, przerysowana i bezwartościowa. Beware.)

Do zakupów ze słownikiem w dłoni zdążyłam się już przyzwyczaić, nic trudnego na dłuższą metę. Tym razem jednak wyzwanie okazało się ponad siły. Odkamieniacz. Uniwersalny słownik polsko-hiszpański (90 tysięcy haseł, tysiące idiomów, wyrazy nowo utworzone) nie zna takiego słowa. Kieszonkowy - tym bardziej. Od czegóż sklepy samoobsługowe, powiecie? No, cóż. Spędziłam półtorej godziny w Carrefourze, w tym dobre trzy kwadranse przeszukując trzy półki z chemią gospodarczą. Znalazłam cuda. Widziałam zapałki w czterech rozmiarach, widziałam specjalne płyny do czyszczenia powierzchni elektrycznych kuchenek i inne, którymi usuwa się wyłącznie ślady mydła wokół kranu. Widziałam wiele. (Także pokrojoną w kosteczkę i zamrożoną cebulę dla leniwych, ale to akurat nie tam i nie na temat.) Kupiłam średniodługie zapałki i dwie pasty do butów. Odkamieniacza nie znalazłam.

Wbrew pozorom jest to poważny problem. Z dużym trudem zakupiliśmy czajnik elektryczny (spróbujcie wytłumaczyć Hiszpanowi, że są specjalne urządzenia do gotowania wrzątku...). Z jeszcze większym, na półkach z żywnością egzotyczną, znalazłam herbatę (leżała obok suszi, naprawdę). I mamy to teraz wszystko zostawić na zatracenie...?

Litości. Może ktoś umie mi pomóc.

sobota, 10 stycznia 2009

Wiedźmin

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od strony windy.
Miał gęste szare włosy, starą kurtkę, elegancką białą koszulę i zniszczone skórzane buty. Przyszedł z pustymi rękami. Narzędzia nie były mu potrzebne. Wszystkim, czym dysponował, była para wąskich okularów w kieszonce koszuli i 38-letnie doświadczenie. Mężczyzna był wiedźminem. Wiedźminem sprzętu AGD. Całe życie walczył z zakamienionymi grzałkami pralek, tępił rdzę w zdziczałych łożyskach i bez lęku zagłębiał się w gąszcze elektrycznych przewodów. Był mistrzem i miał swoich uczniów. Był profesjonałem. W każdym calu.
- Cześć, córcia - przywitał się z Victorią.
Kuchnia nie zrobiła na nim wrażenia. Zwinął kurtkę i położył ją na stole.
- Cholera, Viki, nie wyobrażasz sobie jacy ludzie są podli - powiedział z goryczą.
Bo ludzie, z którymi się stykał naprawdę byli podli. Zwłaszcza ci, co zatrudniali go, żeby prowadził kursy majsterkowania i drobnych napraw. Wiecie, ile mu płacili? Za jego cenny czas, za jego 38-letnie doświadczenie? Coraz mniej! Naprawdę, ludzie wokół niego byli podli. A ci, którzy nie byli podli, byli głupi. Nie mieli pojęcia, że nie opłaca się robić kursu naprawy drobnego sprzętu AGD, bo ludzie wolą kupić nowy mikser niż naprawiać stary... Dla niego było to jasne. On miał 38-letnie doświadczenie w reperowaniu pralek, lodówek i odkurzaczy. Znał wszystkie wzory, rozebrał wszystkie modele, naprawiał najbardziej zagadkowe awarie. Potrafił przez telefon zdiagnozować usterkę, z którą na miejscu nie poradził sobie jego kolega, dobry profesjonalista. - A ty, co, wiedźmin? - zdziwił się wtedy kolega. Tak, był nim. Znał wpływ wody z różnych części Hiszpanii na grzałki pralek. Zjadł na tym zęby. Nazywał się Antonio i był prawdziwym fachurą. Wiedźminem AGD.
- To co się z nią dzieje? - westchnął wreszcie.
Pralka stała za jego plecami. Nawet jej nie dotknął. Ruchem brwi kazał gospodyni pokręcić bębnem. Wystarczył raz.
- Sprawa jest gruba - oznajmił. Jego ton nie zostawiał miejsca na wątpliwości.
Bardziej dla efektu niż z konieczności przewrócił pralkę. Na widok rozwalonych łożysk pokiwał tylko głową. Spodziewał się tego. Więcej, był tego pewien.
- Tu już nic nie da się zrobić - zawyrokował. Wziął kubek z herbatą i usiadł na fotelu w salonie. - Nawet sobie, Viki, nie wyobrażasz, jacy ludzie są podli - powiedział gorzko.
Bo ludzie byli podli, a ci, którzy nie byli podli, byli po prostu głupi. Chcieli na przykład, żeby naprawiał komputery. A komputery to nie był już jego świat. On nie rozumiał się z komputerami. Jego światem były pralki, lodówki, odkurzacze, duże AGD. Naprawiał je przez 38 lat, a teraz uczył tego innych.
Dopił herbatę i wyszedł. Nie wziął pieniędzy. Śpieszył się. Jego czas był w końcu cenny. Gdzieś czekała kolejna zepsuta pralka.