Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielkanoc. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Albacete. Procesja bez kapturów


Idą. Ale jak one idą! Ta wyższa, właśnie ta, która niesie sztandar z Najświętszą Panienką Boleściwą i ma blond włosy ściśnięte hipisowską opaską, drąg od chorągwi zatknęła na wypiętych do przodu biodrach; idzie i zerka z ukosa na kogoś w tłumie. Tak zerkają - wierzcie mi! - tylko szesnastolatki w zbyt obcisłych dżinsach na szkolnej dyskotece. To jest właśnie ta maniera zerkania. Zresztą mogę się założyć o co tylko chcecie, że ta dziewczyna ze sztandarem z Matką Boską nie ma więcej niż szesnaście lat, a pod białą, niedbale założoną komżą nosi zbyt obcisłe biodrówki, z których wystaje szczyt pupy. Ta druga, która idzie obok, czarne natapirowane włosy upięła na czubku głowy. Obie mają oczy obrysowane czarną kredką, obu triumfalnie sterczą z ust patyczki od lizaków i obie najwyraźniej właśnie dostrzegły na ulicy znajomego chłopca. Ale trąbki bezlitośnie grają rzewnego marsza, procesja napiera i trzeba iść przed siebie, ku katedrze, wspierając na młodych wypiętych biodrach złoconą chorągiew z Matką Boską.


Potem idą dzieci. Dużo dzieci. Rozłażą się na boki, zagapiają, wpadają na siebie i psują zwarty szyk tej uroczystej wielkoniedzielnej procesji, która przemierza właśnie Albacete. Te starsze w pokutnicze habity powpinały filcowe broszki z postacią nazareno: niektórym spod kaptura widać wypukłe oczy z ruchomymi źrenicami. Poza tymi stworami nikt w Albacete nie założył mrocznej szpiczastej czapy. Ci nieliczni, którzy skądś je mają, niosą je przed sobą zatknięte na kiju. I znów grają trąbki, a kiedy milkną trzydzieści bębnów wygrywa ogłuszający, szarpiący serce i uszy rytm. Procesja posuwa się w przód.

A dalej - dalej idzie paso. Kołyszą się metrowe świece i złocony baldachim nad figurą Najświętszej Panienki. Dwudziestu czterech mężczyzn w białych rękawiczkach ściska drewniane belki, na których wspiera się wielka platforma. Idą szybko i całkiem wesoło. Śmieją się. Żartują. Co chwilę przystają, stawiają ciężar na ziemi, by potem, na znak, podrzucić go wysoko, wysoko w górę na wyciągniętych rękach. - Do nieba z Najświętszą Panienką! - krzyczy wówczas jeden z nich, ten gruby, który z krótkimi siwymi lokami, skrzywionymi ustami i jednym ślepym okiem wygląda jak wesoła wersja Quasimodo.



Przechodzą. Dochodzą. Wyciągają papierosy, komórki. Idą - tym razem na piwo. W białych, czerwonych, zielonych habitach piją je na ulicy. A na koniec, za wszystkimi - w dyskretnej odległości - podążają dwie śmieciarki. Ich wielkie obrotowe szczotki zmywają z jezni papierki po cukierkach, łupki słonecznika i płatki kwiatów. A także wszystkie inne resztki, jakie zostały po wielkanocnej wielkoniedzielnej procesji w Albacete.


poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Kaptury w Kadyksie

Dziewicę z La Palma poleciła nam kelnerka. Było już późno i planowaliśmy iść spać, kiedy nachyliła się nad nami i z udawaną obojętnością burknęła: "Chcecie obejrzeć jakąś recogidę? Idźcie na La Palmę, jest najbardziej poruszająca". Zaraz potem porwała nasze nakrycia i odwróciła się, żebyśmy nie mogli zobaczyć, że zwilgotniały jej oczy. Musiała być z barrio de la Viña, domu Dziewicy z La Palma. Więcej do nas nie przyszła.


Do Kadyksu przyjechaliśmy w Niedzielę Palmową i z miejsca wpakowaliśmy się na kaptury. Szły uliczką, przy której stał nasz hostel, a tłum skutecznie blokował przejście. Nie przewidzieliśmy tego. Chcieliśmy obejrzeć miasto, zobaczyć ocean, przejść się śladami mordercy z powieści Pereza-Reverte... Kaptury miały być tylko dodatkiem. Ale nie doceniliśmy ich siły. Zawyły trąbki, głuchy łomot bębnów odbił się echem gdzieś głęboko, w żołądku i płucach, i stało się jasne - nie uciekniemy im. Nie da się uciec. I tak, nocą, idąc za głosem bębnów i kelnerki, wylądowaliśmy na recogidzie, czyli powrocie procesji do macierzystego kościoła.


To była zwyczajna ulica barrio de la Vina - wśród niewysokich bloków, z knajpą, obwieszonym wypchanymi byczymi łbami, w której ludzie zamawiali piwo w plastikowych kubkach, rum z colą i kanapki. Naprzeciw stał opuszczony, pokryty liszajami budynek. Z daleka słychać było piszczałki i bębny.

Wreszcie nadeszli. Mieli fioletowe, aksamitne kaptury i kremowe płaszcze. Zimny wiatr, który tej nocy hulał po Kadyksie, pogasił im wszystkie świece. Szli już ósmą godzinę i musieli być zmęczeni, zwłaszcza ci z orkiestry, bo kiedy nad barem otwarło się okno i ciemnowłosy facet z kucykiem zaczął śpiewać saetę, mruczeli pod nosem przekleństwa i drwiny.

  
A potem, wreszcie, doszło do nas paso. Doszło i stanęło. Muzycy z orkiestry zapalili papierosy, kaptury ze znużeniem oparły się na gromnicach. Spod aksamitnych kotar pokrywających platformę z figurą Matki Boskiej wyjrzały najpierw nogi w trampkach, potem gołe, umięśnione ramiona odsunęły materiał i w końcu na jezdni pokładli się costaleros.

To jest ten moment andaluzyjskich procesji, który nieodmiennie urzeka waszego korespondenta - ta chwila, kiedy sacrum z impetem zderza się z profanum i spod zapłakanej, ustrojonej w aksamity Madonny wyłazi stado półnagich, spoconych, czasem bosych, przypakowanych facetów i z kocim wdziękiem rozwala się na ulicy. Mają czerwone twarze, bo pod paso jest ich pięćdziesięciu, więc idą w wielkim ścisku, w ciemności i duchocie, dźwigając po kilkadziesiąt kilo równym, rozkołysanym krokiem marynarzy. Są wytatuowani, a cienkie białe ciuchy wiszą na nich przepocone i porozciągane jak po solidnej bójce. Wasz korespondent nie wie, co skłania ich do niesienia paso. Być może są to grzechy. Rozumie jednak dobrze, czemu chowa się ich pod ciężkimi kotarami przed ciekawskim wzrokiem panien, mężatek, wdów i rozwódek...


Okute laski stuknęły w końcu o bruk. Chłopcy poderwali się z asfaltu, schowali pod paso, opuścili kotary. Do srebrnej kratki, która dostarczała im powietrza, podszedł siwy, dystyngowany facet. Przyłożył do niej policzek jak do okienka konfesjonału i mówił czule, z wielką troską w głosie.

- Słuchajcie, chłopcy - mówił. - Proszę was o jeszcze jeden wysiłek. Jesteśmy już niedaleko, ale teraz będzie bardzo trudny odcinek. Wchodzimy na ulicę naszego starego znajomego Jose. Znacie ją. Jest wąska i będą dwa ciężkie zakręty. Wiem, że dacie radę. Przejdziemy teraz pięć metrów i skręcimy o 90 stopni. Zrobimy to powoli i spokojnie. Potem pójdziemy jeszcze kawałek i znów skręcimy, ale w drugą stronę. To wszystko bez zatrzymywania, ale wierzę w was. Poradzicie sobie. Na chwałę naszego bractwa. Niech żyje Dziewica z La Palma!

- Niech żyje! - odkrzyknęli spod paso chłopcy, a siwy facet z rozmachem walnął w srebrną kołatkę na przedzie platformy. I nagle, w jednym zgranym podrzucie, paso podskoczyło do góry, zadrżały świece przed Dziewicą z La Palmy, zakołysał się ciężki baldachim i ważąca ponad dwie tony platforma pożeglowała w stronę ulicy San Jose.   
Zaś wasz korespondent, ubogacony duchowo i poruszony, pożeglował w przeciwną stronę. Do łóżka.

wtorek, 13 kwietnia 2010

Cicho

- ...wypadek samolotu w Rosji. Żaden z pasażerów nie przeżył - powiedziała pani w radiu na zakończenie serwisu. - Na miejsce tragedii udał się prezydent Putin.
Robiliśmy akurat śniadanie.
- Prezydent Kaszinsky podróżował z małżonką - dodała jeszcze pani z radia i płynnie przeszła do sportu. - A już dziś wieczorem Barcelona zmierzy się z Realem Madryt w Gran Derbi...
Włączyliśmy komputer, żeby zobaczyć jaki związek może mieć podróż Kaczyńskiego z małżonką z katastrofą lotniczą gdzieś w Rosji.
I tak się dowiedzieliśmy.

*
Nie mam cichszych zdjęć. To Semana Santa w Saragossie, procesja w Wielką Sobotę, dzień żałoby, kiedy jeszcze wciąż powinno być cicho.


piątek, 19 marca 2010

Siedem Grzechów: Nieumiarkowanie















Kiedy polski dziennikarz redaguje informację o Semana Santa, na początku pisze tak: "Hiszpańskie obchody świąt wielkanocnych należą do najbardziej widowiskowych na świecie". I jest to regułka niemal tak oklepana i obowiązkowa jak: "tej zimy śnieg znów zaskoczył drogowców". Okropne. Cóż, kiedy prawdziwe.

Najpierw wymyśliłam biczowników. Z Siódmego Piętra byli nieosiągalni, z Trzeciego wciąż dalecy, lecz już nie aż tak. Siedemset kilometrów. Do łyknięcia autostradami. Potem, całkiem przypadkiem, znalazłam kościotrupy tańczące na ulicach w Wielki Czwartek o północy. W Verges, tuż pod Gironą. Pod  naszym samiutkim nosem! Wielkanocny plan podróży zatrzeszczał, rozdął się, napiął do granic wytrzymałości, ale wytrzymał. A później profesor JL opowiedział nam o tych bębnach...

Obecnie sklejam rozbity w drzazgi plan, zastanawiając się jak być jednocześnie w osiemnastu różnych miejscach. Z pobieżnych obliczeń wychodzi mi, że się nie da. I że - o, ironio! -  postny Wielki Tydzień to najbardziej imprezowy okres w Hiszpanii.

PS. A w ubiegłym roku oglądaliśmy kaptury i nogi.

niedziela, 12 kwietnia 2009

Przedstawienie musi trwać


Tak, tak, oni wciąż chodzą. Biją w bębny, dmą w trąby, niosą paso, rozdają wosk. Zakapturzeni bracia wciąż panują nad Sewillą, ale ich rządy powoli się kończą. W Wielką Niedzielę, o 7 rano, w drogę wyruszy ostatnia i jedyna tego dnia procesja - La Resureccion. A późnym popołudniem, kiedy słońce zacznie już zachodzić i podzieli sewilską Maestranzę na dwie, nierówne części: Skwar i Cień, rozpocznie się tu inne wielkie święto. Na jednej z najstarszych aren Hiszpanii rozpocznie się sezon walk byków.
The show must go on.

piątek, 10 kwietnia 2009

Semana Santa. Jeszcze trochę kapturów



Czternaście godzin. Od północy do 14. Tyle trwała procesja bractwa La Macarena. A kiedy najpiękniejsza Madonna Sewilli na powrót chroniła się do swego kościoła, przez miasto maszerowały już kolejne cofradias. La Carreteria w aksamitnych, granatowo-czarnych habitach z czerwonymi krzyżami. La Soledad z paso, na któym Matka Boska płacze pod krzyżem. I oni. Biało-czarni El Cachorro. Szli szybko. Szybciej niż "Konie". Ponuro popatrywali spod kapturów, niezbyt czuli na dzieci, błagające o cukierki i wosk. A w herbie mieli dwugłowego kaczorr... to jest... orła. Tak. Dwugłowego orła.

czwartek, 9 kwietnia 2009

Skupienie, powaga i ten słonecznik


- Pamiętaj, to procesja religijna - mówi ulotka, wydana z okazji Semana Santa. - Nigdy nie przechodź przez środek pochodu braci. Kiedy cię mijają, zachowaj maksymalną powagę i skupienie...
To nie tak. Nie tak, nie tak.
- Co?! - drze się do słuchawki trębacz z orkiestry. - W ogóle cię nie słyszę, bo tu jest cholernie głośno! Ale, tak, minęliśmy już trybunę honorową...
Kumpel trębacza, puzonista, też akurat nie gra, więc pali papierosa. Jeden z młodszych zakapturzonych braci, znudzony czwartą godziną pochodu, próbuje nakapać sobie na buty woskiem z gromnicy. Inny, z uporem godnym lepszej sprawy, sprawdza, czy odchylając głowę do tyłu, można szpicem kaptura wydłubać oko koledze. Wszyscy jedzą. Dzieci, korzystając z zamieszania, dopraszają się o wosk.
I w ogóle nie przeszkadza to nikomu pamiętać o tym, że to procesja religijna, którą należy obserwować z szacunkiem i w skupieniu, wspominając swe grzechy i myśląc o poprawie. Nawet, jeśli gryzie się przy tym słonecznik.

Jeszcze o nogach


Otóż jest ktoś, kto ma bardziej odpowiedzialną i jeszcze bardziej niewdzięczną pracę niż siwy, wrzeszczący facet. Nogi. Oczywiście.
Paso waży tonę. Czasem trochę więcej, czasem trochę mniej. Niesie je jakieś 30 osób. Łatwo policzyć, że na każdą parę nóg wypada ponad 33 kilo, niesionych ze zgiętym karkiem, pod grubą draperią, w zaduchu. I tak przez sześć godzin. W najlepszym wypadku, bo procesje z bardziej oddalonych od centrum kościołów trwają nieraz i 14 godzin. Więc możecie spróbować to sobie wyobrazić.
Dawniej bractwa wynajmowały w charakterze nóg robotników. Teraz paso niosą sami bracia. Ci młodsi. Lepiej umięśnieni. Z większą ilością kolczyków w różnych częściach ciała. I może także... troszkę bardziej grzeszni...?
A pod kapturami? Pod kapturami jest różnie. W Maladze pod jednym ukrywa się nawet Antonio Banderas. W Cordobie mignie czasem przepasany sznurem wielki bandzioch pokutnika. Błysną z dziur na oczy szkła dziecięcych okularów. Albo mignie spod rękawa smukły dziewczęcy nadgarstek. W końcu nikt nie jest święty.