wtorek, 20 kwietnia 2010

Gra siekierą


 - Mleko - zaklęła. - No właź!
Miejsca na żerdzi było tyle, ile na trzy pięści i problemem było nie tylko się tam zmieścić, ale w ogóle tam wyleźć. Zewsząd napierał tłum. Była szósta rano, za dwie godziny ulicą za żerdzią miały przebiec byki.
- No właź! - powtórzyła, schyliła się i pociągnęła mnie za kołnierz. - Pomóżże jej!
Brązowooki chłopak, który kręcił się koło niej posłusznie wypchnął mnie w górę. Przełożyłam nogi przez żerdź i wepchnęłam się na wolne miejce.
- To twój facet? - zapytałam. - Nic nie zobaczy.
- Mleko! - prychnęła Baskijka. - Widział tyle razy. Nic mu się nie stanie.
Chłopak potulnie stulił uszy, po czym przestał całe encierro za naszymi plecami, nie widząc jak byki pędzą uliczkami Pampeluny w pierwszej gonitwie zeszłorocznego San Fermin. I to właściwie jedyny dowód jaki mam na to, że Baskowie są matriarchalni.

Tak wyczytałam. Baskowie jako jedna z nielicznych kultur Europy czcili boginię jako główne bóstwo panteonu i nadzwyczaj długo utrzymali matriarchat (niektórzy twierdzą, że po dziś dzień...). Wyczytałam to, kiedy znalazłam stare zdjęcia z Pampeluny (Pampeluna leży w Navarze, ale Baskowie żyją także tam), i stanęła mi przed oczami ta dziewczyna, która była pierwszą osobą, jaką spotkałam w Hiszpanii, która klęła jak z Komu bije dzwon. Pierwszą i dotąd jedyną.

Baskowie zresztą w ogóle zawsze byli inni. Nie do końca wiadomo, skąd się wzięli. Mówi się, że są pozostałością rdzennej ludności kontynentu, tej sprzed nadejścia nas, Indoeuropejczyków. Język baskijski nie ma cech wspólnych z żadnym z języków europejskich. Nawet ich krew jest inna - u Basków prawie nie występuje grupa B, za to aż 35 procent społeczeństwa ma czynnik Rh- (ponad dwukrotnie częściej niż w innych częściach Europy). Mają własną mitologię i własne, tradycyjne sporty.

Herri kirolak, baskijskie dyscypliny sportowe podobno - i, owszem, jest to interpretacja złośliwa - też wymyśliły kobiety. Zamiast pozwalać mężom grać w piłkę (chyba, że w pelotę), urządzały im zawody w koszeniu trawy. W rąbaniu drewna. Przerzucaniu siana. Dla rozrywki mogli ewentualnie poprzeciągać sobie linę.


Zawody, które oglądałam w Pampelunie, wyraźnie koncentrowały się na drewnie. Na pierwszy ogień poszła "gra siekierą", aizkol jokoa, czyli przerąbywanie okorowanych pieńków. Pieńki były 54-calowe, bukowe, bo - jak zapewnia baskijska federacja sportowa - buk tradycyjnie porastał Euskadię i ma idealne właściwości do rozrąbywania. Zawodnicy wskoczyli więc na swoje pieńki i podnieśli dwuipółkilowe siekiery. Po chwili w powietrzu było już gęsto od drzazg i trocin, a wasz korespondent uznał, że teoria, zgodnie z którą słowo "Bask" pochodzi od słowa "el bosque", czyli las, choć błędna, miała jednak swoje racjonalne uzasadnienie. No, i przestał się dziwić, że to właśnie Baskowie skopali tyłek Rolandowi w wąwozie Roncesvalles. Chociaż to już akurat całkiem inna historia.

Po aizkol jokoa przyszła kolej na tronzalaris, czyli cięcie pni piłą moja-twoja na plasterki wielkości płaskiego talerza oraz lasto altxatzea, której to dyscyplinie wasz korespondent pozoli sobie nadać frywolną nazwę "latanie na sianie". Z grubsza polega to na tym, że zawodnik wyciąga na linie z bloczkiem 45-kilową pakę siana na wysokość drugiego piętra. Następnie pozwala jej spadać, by w odpowiedniej chwili złapać uciekający sznur, który dla odmiany wynosi w powietrze jego samego. Liczy się ilość podniesień. w ciągu trzech minut. Podniesień siana. C h y b a.

























 














 Na zawodach w Pampelunie więcej konkurencji nie było, ale na liście herri kirolak znajdują się także wyścigi w koszeniu trawy, podnoszenie wozów i kamieni oraz drążenie dziur. Jeszcze w latach 30. w Kraju Basków organizowano walki baranów. W miasteczku Lekeitio 6 września wciąż za to organizuje się imprezę, podczas której nad rzeką przeciąga się elastyczną linę z martwą gęsią uwiązaną na środku. Gęś wisi głową w dół, rzeką przepływa łódź z drużyną, a jeden z jej członków ma za zadanie złapać gęś za szyję, zawisnąć na niej i ukręcić jej łepek. Drużyna przeciwna w tym czasie szarpie liną, próbując go zrzucić... Po baskijsku nosi to nazwę antzar jokoa, czyli "gra gęsią" i także uważane jest za sport. Niestety, waszemu korespondentowi nie udało się jeszcze dociec, czy liczy się w nim czas, czy estetyka akrobacji linowych. A może, o zgrozo,  liczba łepków.


4 komentarze:

abnegat.ltd pisze...

No właśnie. Na cholere komu tenis? Toż w domu żadnego z tego pożytku ;D

abnegat.ltd pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
(KK) pisze...

A tak i łąka skoczona, i drewno do kominka narąbane, i chłop wyżyty. Zero agresji i sama radość ;)

Kacha pisze...

i do tego chłop w ogródku, a nie szlaja się niewiadomogdzie pod pozorem zrzucania oponki ;)