Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prasa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pył z landrynek


Chyba już dłużej nie mogę się ukrywać :)
Zwłaszcza, że zaraz wszystko i tak się wyda...
Otóż: 10 kwietnia w księgarniach powinna pojawić się moja książka. Ta o Hiszpanii. Ta, która narodziła się dzięki septimo-piso i dzięki temu, że zagrzewaliście mnie - waszego korespondenta - do walki. Bardzo Wam za to dziękuję. Nie byłoby jej bez Was.

"Pył z landrynek. Hiszpańskie fiesty" nie jest przedrukiem bloga, choć najwierniejsi Czytelnicy Siódmego Piętra odnajdą w niej miejsca lub zdarzenia, o których tu wspominałam. To opowieść o Hiszpanii, jaką poznałam w ciągu pięciu ostatnich lat, jeżdżąc ruta por el interior po zapomnianych miasteczkach Kastylii, Estremadury, Andaluzji i Katalonii w pogoni za najbardziej absurdalnymi iberyjskimi fiestami. Tak, jak napisałam w zapowiedzi na stronach wydawnictwa: to zbiór historii z kraju, gdzie ludzie dla zabawy podpalają styropianowe figury większe od domów, a w święta obrzucają się cukierkami, błotem, zdechłymi szczurami i rzepą. Gdzie w Wielki Piątek bije się w bębny, aż krwawią dłonie, a czarownice odpędza się ciepłą wódką.

"Pył z landrynek" wydaje Wydawnictwo Czarne. Premiera przewidziana jest na 10 kwietnia. We wtorek między godz. 9 a 12 można posłuchać jak opowiadam o książce w radiowej Trójce.

Mam prośbę. Trzymajcie za mnie kciuki!

poniedziałek, 17 września 2012

Sewilla. 4000 barów


 W Sewilli są cztery tysiące barów. Jeden na każde 180 mieszkańców. Jestem tym nadprogramowym, niedoliczonym, sto osiemdziesiątym pierwszym klientem tego właśnie baru, w którym siedzę, czytając gazetę. W gazecie piszą, że w Sewilli są cztery tysiące barów. I że liczba ta rośnie. Co roku do władz miasta wpływa ponad sto podań o koncesję. W nowy bar trzeba zainwestować sto tysięcy euro - piszą w mojej gazecie - ale teraz, w czasach kryzysu, ludzie uważają, że to bezpieczny biznes. 

I rzeczywiście, w porze śniadania wydaje się, że nie ma bezpieczniejszego biznesu niż bar - taki zwykły bar z przyziemia bloku, ze stolikami wystawionymi na chodnik. Bar nasz powszedni, do którego schodzi się rano (z siódmego, trzeciego, czwartego piętra) na kawę, tostadę i gazetę.Wszystkie stoliki są już zajęte i - poza waszym korespondentem - nikt nigdy nie siedzi sam. Taki jest jednak los korespondentów i ten, którego możecie nazywać swoim, nie uskarża się. Choć kelnerzy patrzą na niego nieco podejrzliwie (tak, widać, jest tu obcy, nikt nie wita się z nim, przechodząc ulicą i nikt nie przysiada), siedząc samotnie może udawać, że czyta o czterech tysiącach sewilskich barów, a w rzeczywistości podsłuchiwać co zamawiają cztery starsze panie (po połówce tostady z margaryną) i o czym plotkują. Zajęcie to tak go pochłania, że zapomina, iż przyszedł tu w konkretnym celu i że ma obowiązki: przyszedł uporać się z zaległą korespondencją. Trajkot pań i słońce, które coraz śmielej zagląda pod parasole, do reszty go jednak rozpraszają i nie pamięta już co właściwie chciał napisać. Zdaje się, że o tym, że w Sewilli są cztery tysiące barów. I że jeden przypada na 180 mieszkańców.


środa, 21 września 2011

Ourense. Zapiski na serwetce


Mam ich dużo. Są pochowane w książkach i notesach, wetknięte między kartki kalendarza, upchane po kieszonkach fotograficznej torby. Ostatni ratunek roztargnionego korespondenta: podłużne, lekko woskowane hiszpańskie serwetki. Czasem widnieje na nich nazwa baru, czasem tylko napis "gracias por su visita". Reszta to moje notatki.

Serwetka, która leży przede mną, nie ma nazwy baru, lecz doskonale wiem, skąd jest. To było wczesnym rankiem w Ourense. Miasto jeszcze spało i mieliśmy dla siebie cały praza maior. Bruk był mokry, choć w nocy nie padało i czynny był tylko ten jeden bar. Nie pamiętam, jak się nazywał, pamiętam niewygodne, metalowe krzesła, małe suche tostady i gazetę. To musiał być jakiś miejscowy dziennik: może La Voz de Galicia, może lokalna mutacja La Región. W środku, gdzieś na ostatnich stronach, pisano o fiestach. W O Carballiño 80 tysięcy ludzi zjadło dzień wcześniej 20 ton ośmiornic. W Xàtivie byk zabił pijanego chłopaka.





Ten byk nazywał się Mysz. Od dziesięciu lat uczestniczył w byczych fiestach. Na serwetce mam wynotowane liczby i epitety: czarna legenda, sława mordercy, niezwykła umiejętność zaskakiwania ofiar. W ciągu pięciu lat zabił trzy osoby. Ten chłopak miał 29 lat. Pochodził z Algemesí. Kiedy na plaza de toros w Xàtivie wypuszczono Mysz, był już bardzo pijany. Wcześniej kilkakrotnie próbowano wyprosić go z areny, gdzie chłopcy z miasta mieli bawić się z bykiem. Uparcie na nią wracał.

To była zwykła historia z kraju, gdzie co roku organizuje się 2 tysiące profesjonalnych walk z bykami i niezliczoną ilość encierros, becerradas, capeas, sueltas de vaquillas oraz innych amatorskich zabaw, podczas których zwierzęta drażni się, dźga, pławi w rzekach lub morzu, kiedy pędzi się je ulicami albo przyczepia im do rogów pochodnie i fajerwerki. To była zwykła historia i pewnie nie przykułaby uwagi waszego korespondenta, gdyby nie kilka szczegółów, które zmusiły go do notowania na cienkiej barowej serwetce.

Właściciel Myszy - zanotował wasz korespondent - już kilkakrotnie próbował wycofać go z uczestnictwa w byczych fiestach. Po pierwszych wypadkach śmiertelnych uznał, że Mysz jest zbyt niebezpieczny. Że zbyt wiele się już nauczył (byków, które występują w profesjonalnych corridach nie trenuje się do walk, są zbyt inteligentne; jeśli - co zdarza się niezmiernie rzadko - byk wyjdzie ze starcia żywy, zostaje rozpłodowcem i nigdy nie wraca na arenę). Wycofaniu Myszy sprzeciwili się jednak organizatorzy fiest. Chcemy byka-mordercy, byka-legendy, ten albo żaden, oznajmili. Władze regionów, w których doszo do wypadków, nie widziały przeszkód. Hodowca próbował jeszcze ustalić cenę zaporową, ale to też nie przyniosło skutku. Obecnie Mysz jest najdroższym zwierzęciem w stadzie. Za jeden jego występ właściciel inkasuje 15 tys. euro. Niedawno próbował posłać byka na emeryturę (Mysz jest już stary), ale presja publiczności znów okazała się zbyt wielka. Teraz - zanotował wasz korespondent na serwetce - hodowca planuje Mysz sklonować.

Dopiliśmy kawę. Na praza maior w Ourense robotnicy zaczęli montować estradę na jakąś fiestę. Bruk był mokry, choć nie padało i tego poranka Galicja przypominała bardziej Skandynawię niż nie tak znów odległe walenckie góry, w których leży Xàtiva. Jedynymi zwierzętami, jakie mogliśmy sobie tu wyobrazić były nie byki, a martwe, ugotowane ośmiornice.


wtorek, 14 grudnia 2010

Patriotyzm od kuchni


Autonomiczne władze Katalonii zadecydowały niedawno, że czterogwiazdkowe hotele regionu muszą serwować tradycyjne katalońskie śniadania. W kartach dań mają obowiązkowo znaleźć się pà amb tomàquet, czyli grzanki z pomidorem i wieprzowa kiełbasa botifarra. Rozporządzenie obejmuje hotele nowopowstające oraz te, które będą chciały podnieść swój status z trzech gwiazdek.

Hotelarze nie panikują. Jordi Clos, przewodniczący Barcelońskiego Zrzeszenia Hoteli, poproszony przez El Mundo o komentarz, nazwał inicjatywę Generalitat "anegdotyczną" i oznajmił, że większość obiektów  o wysokim standardzie od dawna podaje na śniadania lokalne marmolady i słodkie bułeczki, więc wsyzstko jest tip-top.

Tak surowe obostrzenia kuchenne nie obowiązują w żadnym innym autonomicznym regionie Hiszpanii. Władze Walencji uznały je wręcz za łamanie prawa unijnego i zamach na wolną konkurencję.

Aby zamachnąć się na wolną konkurencję i przygotować pà amb tomàquet w domu należy:

Bagietkę pokroić na mniejsze części i przepołowić. Podpiec w piekarniku, tosterze lub na grillu aż wierzch będzie suchy i złocisty. Natrzeć przekrojonym dojrzałym pomidorem. Polać oliwą. Posolić.

PS. Pà amb tomàquet albo pan con tomate jest podawany na śniadanie w całej Hiszpanii, ale wywodzi się właśnie z Katalonii.

środa, 7 lipca 2010

Byki na papierze

"W południe w niedzielę szóstego lipca  wybuchła fiesta. Niepodobna nazwać tego inaczej" - napisał o San Fermin Ernest Hemingway w powieści "Słońce też wschodzi".  Byłam w Pampelunie dokładnie pół wieku po nim. Widziałam ludzi przmoczonych winem zzewnątrz i od wewnątrz. Siedziałam na słupku, przy liczącej 846 metrów trasie encierro, i czekałam aż wąską uliczką przebiegnie trzytysięczny tłum i sześć bojowych byków. Dzień później w tym samym miejscu zginął człowiek. Rozmawiałam z tymi, którzy od kilkudziesięciu lat, co rok ustawiają się na trasie biegu. Z Josephem, 65-letnim wykładowcą literatury, z Hektorem, 40-letnim barmanem, z ortopedą Miguelem... Z tych rozmów powstał reportaż "Biegnący z bykami", który drukuje dzisiejsza Polityka. Na razie mogę Was tylko zaprosić do kiosków, ale kiedy tekst pojawi się na stronie, na pewno zamieszczę tu link. Miłej lektury!