wtorek, 15 grudnia 2009

Dwadzieścia stopni wewnątrz


- Można zwiedzać! Można wejść do środka!
Jaskiniowiec był niziutki i krzepki, miał twarz wygarbowaną suchym wiatrem, a na widok wielkiego aparatu zakrzyknął na zachętę: - Można! Można fotografować!

W jego jaskini było bielutko, czyściutko i uroczo jak w cepelii. Przy wejściu stał dyskretnie wielki gliniany talerz z kilkoma monetami. Obejrzeliśmy pokoik. Obejrzeliśmy kuchnię. Obejrzeliśmy salon z nowiutkim elektrycznym kominkiem. Zajrzeliśmy do sypialni. Gospodarz przyglądał się nam z zadowoloną miną. Być może była to duma (nasz przewodnik informował: "mieszkańcy z dumą pokazują turystom swoje jaskinie").
 - Piękne miejsce. Ktoś tu nadal mieszka?
Gospodarz jaskini zakołysał się na piętach i zaraz stało się jasne, że nie po raz pierwszy jest zwiedzany.
- Mam 64 lata, żonę, dwóch synów i czwórkę wnucząt: trzech chłopców i dziewczynkę - wyrecytował na jednym wydechu. - Mamy w okolicy jeszcze jedną jaskinię. Drugą. Tam gotujemy, a tu przychodzimy spać. Tu nie gotujemy. Temperatura przez cały rok utrzymuje się na poziomie 18-20 stopni.


Ale to już wiedzieliśmy. Miła pani w jaskini-muzeum powiedziała nam, zanim zdążyliśmy zapytać.
- Guadix liczy 20 tys. ludzi, z czego prawie jedna czwarta mieszka w jaskiniach. Niektóre z nich to luksusowe rezydencje, z wodą, prądem, gazem, internetem i wszelkimi wygodami. Temperatura wewnątrz przez cały rok utrzymuje się na poziomie 18-20 stopni...

Ścieżka prowadziła na wzgórek. A właściwie na dach, bo wprost z ziemi wyrastał tu biały komin. Ze szczytów sąsiednich pagórów sterczały anteny telewizyjne. Wokół, jak okiem sięgnąć, w pofalowanym gruncie tkwiły bielone frontony i dobudówki. Młody jaskiniowiec, który ze swoją komórką przysiadł między kominami, obrzucił nas obojętnym spojrzeniem. Może stukał smsa do dziewczyny, może w coś grał, ale wyraźnie za ciasno było mu na to w jaskini.


Między kominami wiły się ścieżki, więc poszliśmy na spacer - po wzgórzach, po dachach. Ujadały psy, różnokolorowe koty przyglądały nam się z wysokości śmietników do segregacji. Suszyło się pranie. Przed niektórymi jaskiniami parkowały nowe samochody, gdzie indziej kłębiły się zwoje pordzewiałego drutu, skorodowane garnki bez dna i krzesła bez siedzeń. Jaskinie Guadixu zawsze były schronieniem dla tych, których nie stać było na budowę domu: prześladowanych Morysków, XIX-wiecznych osadników, robotników z lat 50., Cyganów i wagabundów wszystkich epok. Były suche i ciepłe, bo, w przeciwieństwie do naszego mieszkania na Siódmym Piętrze, temperatura wewnątrz od setek lat utrzymywała się na poziomie 18-20 stopni.

piątek, 27 listopada 2009

W królestwie krów



Ścieżka jest wąska i zakrzaczona, las ciemny, a z przeciwka coś przedziera się z impetem. Pękają drobne gałązki, ziemia łomocze od kopyt i wreszcie coś... dzwoni głośno, natarczywie. Schodzimy ze szlaku, wciskamy się w krzaki. Ścieżką poniżej, ze słonim wdziękiem, maszerują dwie beżowe krowy.
Życie w Hiszpanii zmienia pogląd na bydło domowe. Tu corrida, tam encierro, młode krówki z wdziękiem brykają na arenach z rozentuzjazmowanym tłumem, przy autostradach wielkie czarne bycze sylwetki wycięte z blachy dominują mijany krajobraz. Byk urasta do rangi symbolu, a także kontrowersji, wiedzie żywot publiczny znacznie śmielej niż jego skromny polski kuzyn... Krowa, jak się okazuje, nie jest gorsza. Krowa bowiem rządzi w Pirenejach.


Tak, Pireneje to królestwo krów. Wyżej, nad lasami, na wielkich zielonych pastwiskach, po których leniwie wiją się kręte strumyki, pasą się wielkie stada. Byki, półdzikie konie, owce, osły, ale przede wszystkim krowy. Wspinają się po skałach, włażą na wierszki i ryczą aż niesie się echo.
- Bokiem! Bokiem! O, tędy! Tutaj!
Krzepki dziadzio w starych portkach i znoszonych butach macha na nas ze szczytu stromego podejścia, na migi pokazuje, żeby zejść ze ścieżki, która trawersuje kamieniste zbocze. Ścieżką, poganiane przez mężczyzn i psy, zakosami lezą krowy.
- Spędzamy je już na zimę - mówi dziadzio. - Całe lato przesiedziały na halach, ale chłód idzie. Zresztą, pora na cielęcinkę - śmieje się bezzębnie. - A wy co? Na Bisaurina idziecie? Wysoko, wysoko...


Koński trup leży na łące nieopodal strumienia, obleczony zeschłą skórą. Długo już chyba leży, bo wcale nie cuchnie; nawet muchy wolą żywe krowy, które z filozoficznym spokojnem napychają brzuchy późną trawą. Rogate szkielety też im nie przeszkadzają. Trwa wielkie żarcie.
Idziemy na Bisaurina. Do diaska, byle wyżej niż krowy!
Wspinamy się, kolejne stada beznamiętnie rozstępują się na boki. Za przełęczą robi się stromiej i kamieniściej, wielkie drapieżne kanie latają już  p o d  nami, ale, w połowie podejścia wyraźnie pasie się jeszcze jedno krowie stado. Brzęk dzwonków echem niesie się w doliny.


Szczyt Bisaurina jest ostry i kamienisty. W wąskiej szczelinie błyszczy stary brudny śnieg. Hula wiatr. Krowy zostały trochę niżej, tak na wysokości Rysów. Widzieliście kiedyś krowę na Rysach?

środa, 25 listopada 2009

Dziewczyna z zębem na przedzie


Hiszpanie mają tylko cztery zęby. Wszyscy. Cały naród!
- Naprawdę. Nie wiedziałaś? - Is dziwi się mojemu nagłemu zainteresowaniu. I rysuje mi na kartce zarys szczęki, a w niej małe kwadraciki. - O, zobacz. To są los dientes, zęby. Cztery. A to już los colmillos, czyli to, co na filmach mają wampiry. Dalej są las muelas...
Nauka hiszpańskiego, to jest, perdone, kastylijskiego dostarcza mi niewiarygodnych uciech poznawczych. Czy wymyślilibyście na przykład, że tutejsza dłoń - la palma de la mano - składa się wyłącznie z wewnętrznej strony naszej starej dobrej polskiej dłoni? To, co z wierzchu - grzbiet, czy może wierzchołek - w ogóle się do tej nazwy nie kwalifikuje, po prostu dłonią już nie jest! Ot, inny świat  i jego anatomia! Niektóre sprawy można poznać jedynie, excusez le mot, językiem.
Chociaż, z drugiej strony, dopuszczam możliwość, że to ja jestem inna. I tylko mnie rozbraja fakt, że "nie mieć wyboru" to po kastylijsku "no tener elecciones" oraz wzrusza szyld "Perritos Calientes" - "Ciepłe Pieski" - na budce z hot-dogami. Z rysunkiem uśmiechniętego szczeniaczka, nomen-omen...
PS. Na zdjęciu: Piękna fallerka z wdziękiem prezentuje wszystkie cztery zęby

wtorek, 10 listopada 2009

Chodząc bez chodzenia


- Czekaj, stań na strzałce. Patrz w tamtą stronę. I co, widzisz?
- Jakieś kreski.
- Posuń się. Nooo dobra, faktycznie coś jest. Co tam napisali na tej kartce?
- Chodziarz chodzący bez chodzenia.
- Co?
- Numer osiem. Walker walking without walking. Chodziarz chodzący bez chodzenia.
- Aha. Nie, no, jasssne. Zobacz, tu ma głowę. Fajnie, nie? Co tam następne?
- Numer dziewięć. Wznoszą się w linii bez dotykania ziemi.
- Tam? Yhy. No, może. A tamto?
- Dwanaście. Czerwony gigant.
- Nie wygląda. Nawet nie jest czerwony... Nie pomyliłeś czegoś? Pokaż tą kartkę...
*
...jeden z najcenniejszych skarbów Urdaibai (będącej od 1984 r. rezerwatem biosfery pod patronatem UNESCO) znajduje się w dolinach Basondo i Oma, w Kortezubi, w samym sercu prowincji Vizcaya, u stóp wzgórza Ereñozar. Aby go odnaleźć trzeba wyjechać z Guerniki w stronę Elantxobe i po pięciu kilometrach zostawić samochód przy restauracji Lezika w Basondo. Podążając pieszo za znakami, po półgodzinnym spacerze, znajdziemy się w sosnowym Zaczarowanym Lesie Oma.
Zaczarowany Las Oma to jedno z najbardziej znanych dzieł baskijskiego artysty Agustína Ibarroli. Jest przykładem tzw. "sztuki krajobrazu". Nurt ten po raz pierwszy pojawił się w latach 60. Jego przedstawiciele pragnęli uczynić z pejzażu immanentny fragment dzieła sztuki - sprawić, by był jednocześnie częścią składową, ramami i środkiem ekspresji. W rezerwacie Urdaibai Agustíno Ibarrola namalował na pniach sosen 45 figur: ludzi, zwierząt, geometrycznych symboli. Żeby dostrzec niektóre z nich trzeba pod odpowiednim kątem spojrzeć na grupę kilku, oddalonych od siebie drzew...
*
- A to jest Różowa dziewczynka...
- Oczywiście. Szkoda tylko, że niebieska.
- Rzeczywiście. Ale zobacz, tam jest coś różowego.
- Tam jest już numer 22. A 22 to powinny być Dzieci, nie Różowa Dziewczynka.
- No, to nie wiem, może to taka metafora?
- Metafora czego?
- Nie mam pojęcia. Mówisz, że tamto to są Dzieci?
- Tak. I jeszcze gdzieś tu powinna być Para w błękicie i czerwieni.
- A gigant?
- Nie wiem, giganta chyba w ogóle nie było. Może te numerki są pomylone? Czekaj, ta kobieta ma jakąś inną kartkę... Przepraszam, czy widziała pani Czerwonego giganta?
- Och, państwo też go szukają? Nie, nie widziałam. Ale to jest chyba Utopiony syn wiedźmy, prawda?
- Według naszej kartki to jest Różowa Dziewczynka.
- Różowa Dziewczynka? Niebieska? Mogę zobaczyć tę kartkę? No, rzeczywiście. Dziwne, ja mam wersję baskijską i u mnie to jest Utopiony syn wiedźmy... A co państwo mają pod numerem 22? Dzieci? U mnie Dzieci to jest 19. A 22 to Różowa Dziewczynka. Ciekawe, trzeba by znaleźć kogoś, kto ma ulotkę po hiszpańsku, może wszystko by się wyjaśniło...
- Dzień dobry państwu, to chyba są Motocykliści, prawda...?
*
...W Zaczarowanym Lesie Oma, niczym w wielkim kalejdoskopie, widok zmienia się z każdym krokiem, obrazy nabierają nowych sensów i znaczeń, a odbiorca staje się jednocześnie współautorem i bohaterem tego niezwykłego dzieła sztuki. Nie bój się swobodnie zanurzyć w Lesie i, igrając z perspektywą, na własną rękę odkrywać jego niezwykłe tajemnice...
W 2000 r. Zaczarowany Las został zdewastowany. Na pniach drzew ktoś napisał sprayem: "Ibarrola to Hiszpan. Niech ETA go zabije". Podobno zrobili to baskijscy separatyści.
Może też mieli złą kartkę...?

sobota, 7 listopada 2009

Jesień w wieży Babel



- Kawę. Ile płacę?
- Un euro vint.
Jest wcześnie, bardzo wcześnie, właściwie jeszcze szaro i od gór ciągnie nocnym zimnem. To taka pora, kiedy trzeba kawy, żeby zacząć coś rozumieć, więc po prostu kładzie się pieniądze na ladę nie słuchając. Euro pięćdziesiąt.
- Dobrze?
Ale barmanka też jeszcze chyba śpi, w każdym razie patrzy nieprzytomnie na monety i wreszcie niepewnie kiwa głową.
- Un i vint.
Coś w tym, co mówi nie gra, ale jest jeszcze wcześnie i szaro, i trzeba kawy, tylko bez dociekania, euro pięćdziesiąt, liczebniki nie są najważniejsze. Barmance świt też chyba zaszkodził, wpatruje się w cztery monety, obraca je niezdecydowanie, wreszcie odsuwa od siebie dwudziestocentówkę.
- Ara bé.
Ahora bien, vale, vale, okey, dziewczyno. Kawa jest gęsta, choć w plastikowym kubku. Ale barmanka wciąż ma jakieś wątpliwości, kręci się przy kasie. W końcu wraca z dziesięciocentówką.
- Ara bé - mówi, a potem dodaje coś, co na już na pewno nie wzięło się z przedświtu. - Merci.



*
Piękne są wioski w Pirenejach: przycupnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Całe poskładane z jednakowo ociosanych głazów - i domy, i dróżki, i mostki, i wieże, i kościółki. Oczywiście świeci słońce, niższymi górami zawładnęła jesień, na odległych szczytach pocztówkowo bieli się śnieg.
- ... na początku to było rozczarowanie - mówi Kolumbijczyk. - No bo dajcie spokój: poza Brazylią prawie w całej Ameryce Południowej mówi się po hiszpańsku. Na całym kontynencie! A u siebie, we własnym w kraju, nie potrafią się dogadać. Co sto kilometrów inny język!

Ma rację Kolumbijczyk, przesadza ledwie o parę kilometrów. Hiszpanie nie mówią bowiem po hiszpańsku. Ci z Kraju Basków i Navarry porozumiewają się po baskijsku, ci z Katalonii po katalońsku, ci z Galicji po galicyjsku, a ci z Pirenejów - w aranés. Oczywiście, nie wszyscy. Ale na dodatek niektórzy mieszkańcy Aragonii mówią po aragońsku, Asturii po asturyjsku, Leonu po leońsku, a Estremadury po estremadursku. Jest jeszcze fala, czyli mieszanka galicyjskiego z portugalskim, eonaviański, czyli miks asturyjskiego z galicyjskim i mirandes, używany na granicy z Portugalią. Jakby tego było mało, Walencjanie posługują się własną odmianą języka katalońskiego - walenckim, a Murcjanie używają wprawdzie prawdziwego hiszpańskiego, ale nie wymawiają "s". Zaś hiszpański... Cóż hiszpański to tak naprawdę kastylijski. Pytania?



*
- Nie śnieg tu raczej nie pada - mówi kierowca autobusu miejskiego. - Mieszkam w wiosce bliżej gór, tam się zdarza, ale w mieście nie. Ewentualnie deszcz. Proszę? Tak, tu większość mówi po katalońsku. Barcelona jest bardziej kosmopolityczna, tam używa się różnych języków, ludzie częściej porozumiewają się po kastylijsku. W Gironie wolą català. A im dalej w góry, tym trudniej w ogóle znaleźć kogoś, kto będzie chciał po kastylijsku rozmawiać...

*
- Eee, nie, ale często się zdarza, że mieszają języki - Kolumijczyk nachyla się z tylnego siedzenia samochodu. - Albo jedna osoba mówi po kastylijsku, a druga odpowiada po katalońsku. No, chyba, że widzi, że ktoś, jej nie rozumie. Wtedy przejdzie na ten nieszczęsny kastylijski.



*
Jemy. W górach je się solidnie, tłusto, obficie. Kiełbasy, sery. Zawiesiste zupy. Kiełbasy. Mięsa. Wino leje się wprost do ust, cienkim strumieniem. Trzeba przełykać, kiedy ciurka.
- Łatwo zrozumieć, kiedy mówimy po kastylijsku? - Katalończycy uśmiechają się znad kiełbas. - Nic dziwnego. Mamy książkową wymowę. Widzisz, my nie nauczyliśmy się tego języka w domu. Poznaliśmy go na kursie, tak jak wy.

*
Piękne są wioski w Pirenejach: ściśnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Piękna jest jesień w górach: złoto-czerwona, słoneczna. W Cartagenie jesieni nie ma: palmy nie tracą liści, pustynia nie może zżółknąć.
- To jakiego hiszpańskiego chcesz się uczyć? - pyta Kubanka. - Takiego antiguo castellano, czy takiego normalnego, jak mówią ludzie?

poniedziałek, 19 października 2009

Sfinks z Pico


- Wsiadajcie! To dokąd was zawieźć?
Pico była pusta. To było pierwsze wrażenie - kiedy już opuściliśmy prom, złapaliśmy autobus i wysiedliśmy w Lajes, drugim co do wielkości mieście wyspy. Sklepy były pozamykane, restauracje nieczynne, a ulice puste. Nigdzie nie było ludzi. Autobus postał jeszcze chwilę, kierowca przyglądał się nam z zainteresowaniem, wreszcie pojechał, zostawiając nas na bezludnym placu. Samych.

Pico to najmłodsza wyspa Azorów. Jej szczyt strzela w niebo na wysokość tylko trochę niższą niż Rysy. Chmury, które prześlizgują się nad innymi wyspami, nadziewają na niego niczym na wielki czarny szpikulec. Pico otacza przez to często gruby pierścień mgieł; sterczy znad niego tylko ostry czubeczek wulkanu. I prawie nikogo nie ma. Pewnie dlatego tak łatwo złapać stopa.

-Nie, nie jedziemy w tamtą stronę, ale możemy pojechać. No, wskakujcie, na co czekacie?

Na Pico kursuje tylko jeden autobus. No, właściwie dwa. Każdy objeżdża wyspę wzdłuż wybrzeża, do połowy i wraca. Nie ma szans, żeby zobaczyć coś i nim wrócić. Więc - stop. Raz: dwie dziewczyny w wielkim jeepie z portugalskim disco. Dwa: czarnowłosy facet z amerykańskim akcentem. Trzy: leśniczy. Cztery: niemiecki chłopak-turysta. Pięć: dwaj robotnicy z budowy, z transportem cementu. I wreszcie... Sześć: starsze małżeństwo roześmiane tak, jak tylko mogą się śmiać zagraniczni emeryci.

- Wsiadajcie - woła ona. - Zabierzemy was gdzie tylko chcecie!

Pico jest czarna. Czarno-zielona. I widać, że młodziutka: lawa już wprawdzie zastygła, ale wciąż widać jak płynęła, wielkich czarnych kamieni nie stąpił jeszcze wiatr, nie wygładziły deszcze. Pico ostatni raz wybuchła w 1963 r. i jej wulkan wciąż nie powiedział ostatniego słowa.  Ale na razie z czarnych, szorstkich kamieni buduje się łaciate domki i wznosi przemyślnie zaplanowane labirynty dla winorośli. Wina z Pico zachwyciły kiedyś nawet carów!

- O, tu jest nasz dom. Poczekajcie, on zostawi tylko walizkę i odwieziemy was, gdzie chcieliście. Halo, Jose! Tu jest walizka, a my zaraz będziemy, zawieziemy tylko dzieci do Lajos! - woła starsza pani i odwraca się do nas. - Och, ta blondynka to moja siostra, a ten człowiek z bagażami to jej mąż. Tak, wszyscy są z Pico, mieszkają teraz w Kanadzie. Mąż tamtej to mój kuzyn. Ona też jest z Pico, a on z Sao Jorge, poznali się w Stanach...


Sfinks z Pico jest nieduży, ma szpiczaste uszy, z których jedno doklejone jest betonem i przypomina wilczura, który zastygł na rogatkach wioski. A w wiosce - całej z czarnego kamienia - coś się dzieje. W ciemnych wnętrzach domów kobiety przygotowują jedzenie i wino, mężczyźni gadają w cieniu murów, jest niemożliwie gorąco, nigdy nie dowiemy się co to za święto, czy w ogóle będzie tu jakieś święto... Wychodzimy na drogę. Zabiera nas leśniczy.

- Więc jedziecie do Lajes - mówi starsza pani. - Och, zobaczcie. Tu mieszkała moja koleżanka ze szkoły. Teraz jest w Kanadzie, rozwiodła się z mężem. Jej siostrzenica jest lekarką. A tu urodziła się moja ciocia. Och, chcecie, zboczymy trochę, pojedziemy starą drogą. Zobaczycie mój stary dom!


Dawniej Pico żyła z wielorybów. Mężczyźni wypływali w morze na długich, czerwono-błękitnych łodziach. Potem holowali do brzegu wielkie martwe cielska - cała wieś schodziła się oprawiać potwora. Zimą rzeźbiło się w jego kłach nostalgiczne rysunki. Teraz fabryki tranu przerobiono na muzea, ale wielorybnicy wciąż wypatrują ofiar. Nasyłają na nie motorówki pełne turystów.

- W tym domu po prawej mieszkał listonosz. A tam była mleczarnia, widzicie? - starsza pani pokazuje palcem. - Och, zwolnijże! Przecież nic nie zobaczą! Tu jest świetna restauracja. W sezonie prowadzi ją bratanek mojej koleżanki, ona mieszkała pod Toronto, ale zmarła na raka. O, a tu - no zwolnij, prosiłam! - tu był dom mojej mamy. Jak wyszła za tatę, przeprowadzili się o tam i tam się właśnie urodziłam...


Pico jest młoda, czarno-zielona, pusta, spokojna. Jak przystało na dobrych turystów zwiedzamy winnice i przyglądamy się geologicznym formacjom. Ale zwiedzamy też inaczej. Inną Pico. Taką, na której atrakcją jest dom mleczarza, który trzydzieści lat temu wyemigrował do Kanady i stara kamienna chałupa, w której ktoś kiedyś przyszedł na świat.

- No, to gdzie was wysadzić, dzieci? Tutaj? Jesteście pewni, że traficie? To miłych wakacji, kochani, uważajcie na siebie!

wtorek, 6 października 2009

Piknik na Orodruinie

Spokojnie. Już wyschło. Nie od biedy mieszkamy na pustyni...
I dlatego wróćmy jeszcze na chwilę na Azory, dobrze?

Bo Azory są zielone. Azorska zieleń ma niesamowitą, soczystą, jaskrawą barwę - barwę o ton jaśniejszą niż w Polsce, młodziutki kolor wczesnej wiosny, który sprawia, że człowiek, który za długo mieszka na pustyni, czuje się tu jak u Tolkiena w Shire...
Prom z Terceiry na Faial przybił do portu w Horcie późnym wieczorem. Nie planowaliśmy w ogóle odwiedzać tej wyspy. Bruno, niepoprawny lokalny terceirski patriota, pytany o jej atrakcje, wzruszał tylko ramionami. - Caldeira, wulkan, knajpa, nic tam nie ma - mówił. Ale port w Horcie - to była jedyna możliwość, żeby z Terceiry dostać się na Pico, a czarna jak noc Pico kusiła nas swoim szpiczatym czubkiem i sławą najwyższego szczytu Portugalii.
Kiedy planowaliśmy wyjazd na Azory, z bólem serca ograniczyliśmy się do czterech wysp. Byczej Terceiry, szpiczastej Pico, najdalej na zachód wysuniętej Flores i największej Sao Miguel, skąd odlatywał powrotny samolot. Chcieliśmy przemieszczać się między nimi promami - zawiłe, upstrzone tajemniczymi skrótami rozkłady jazdy wisiały w internecie; nawet nie próbowaliśmy ich rozwikłać, całą wiarę pokładając w portowych kasach. Na miejscu jednak promowa łamigłówka nie chciała rozjaśnić się ani na jotę. Na próżno biegaliśmy między biurami dwóch konkurencyjnych kompanii. Wodoloty na Flores odpływały raz na dwa tygodnie - wybierając któryś z nich żadną miarą nie mogliśmy zdążyć na samolot. Statki kursujące na bliższe wyspy zataczały po oceanie dziwne kółka, co jakiś czas z niepojętych przyczyn zmieniając trasy, porty, dni tygodnia i godziny. Nic nie zazębiało się ze sobą, wszystko rozłaziło i w końcu, z długich obliczeń przeprowadzanych na kanapie w biurze turystycznym, wyszło nam, że musimy porzucić marzenia o najdalszym zachodnim kraniuszku Europy, zmienić porty na Pico i zahaczyć o nieplanowany Faial, o którym Bruno mówił, że poza caldeirą, wulkanem i żeglarską mekką Peter's Cafe w sumie nic tam nie ma. Jakby tego wszystkie było mało, prom na Faial przypłynął na Terceirę z dobowym opóźnieniem, o dziwnej i nieistniejącej w rozkładach godzinie...
Tak więc na Faial dotarliśmy późno w nocy, po ciemku minęliśmy upstrzony żeglarskim graffiti port i dopiero rano - rano poraziła nas zieleń. Za naszym oknem rozciągała się olbrzymia, jaskrawo zielona łąka, na której spokojnie pasły się krowy, a dalej, za ledwie kilkukilometrowym pasem błękitnej wody, w niebo bił szpiczasty czubek Pico.
Następnego dnia ruszyliśmy do caldeiry.
Azory są puste w środku. Wszystkie. A przynajmniej takie wrażenie odnosi przybysz, który z wybrzeża nieustannie pnie się wzwyż, ku górze w samym środku wyspy, by przekonać się, że tam, gdzie powinien być szczyt, zieje głęboka, pusta dziura o urwistych brzegach. Caldeira czyli po portugalsku "kociołek", to wielkie zapadlisko w miejscu, gdzie dawniej był stożek wulkanu. Każda wyspa ma taki swój kociołek, czasem wypełniony jeziorkiem, a czasem po prostu uroczo porośnięty trawą, z wielkimi, dzikimi żywopłotami hortensji i krowami pasącymi się malowniczo na samej wąziutkiej krawędzi. Wokół śpiewają skowronki, dziewczyny chodzą boso, hortensje pachną i ta sielanka naprawdę przypomina wesołe Shire.
Wśród brzęczenia pszczół i porykiwania krów zeszliśmy ze szczytu caldeiry, bez wielkiego trudu złapaliśmy stopa i ruszyliśmy na zachód.
A potem minęliśmy latarnię morską i - nagle - znaleźliśmy się w Mordorze, na stokach Orodruiny. Nawet trawa znikła. Przed nami, na stromych, osypujących się zboczach, wiła się ścieżka, która prowadziła do wulkanu.
We wrześniu 1957 r. na Faial zatrzęsła się ziemia. Morze na zachód od wyspy zasyczało i wypuściło gigantyczny grzyb pary, popiołu i pyłu. Na jego tle wielka latarnia morska wyglądała jak miniaturka ze sklepu z pamiątkami. Rozpoczął się, trwający 13 miesięcy, wybuch wulkanu Capelinhos. Przez ten rok na Faial działy się rzeczy niezwykłe i przerażające. Padały deszcze popiołu. Przy zachodnim brzegu pojawiały się i tonęły kolejne wysepki. Na wodzie rozlało się wielkie jezioro lawy. Ziemia drżała, jakby wyspa lada moment miała rozpaść się na pół. Nic więc dziwnego, że prawie połowa mieszkańców Faial uciekła wówczas do Stanów Zjednoczonych i Kanady. Ich dzieci przyjeżdżają tu teraz na wakacje, przywożąc nabyty amerykański akcent. - Dom moich rodziców wciąż tu stoi - pokazywał nam pięćdziesięcioparolatek, który podwoził nas do wulkanu.
Oczywiście, wspięliśmy się na Orodruinę. Na jej czarnych stokach wciąż leżą gładkie wulkaniczne bomby. Z rozpadlin w ziemi bucha niepokojąco ciepłe powietrze - przypominając, że pod stopami drzemie siła, która wydźwignęła tony skał na wysokość 160 metrów n.p.m. i przysporzyła wyspie Faial oraz Portugalii 600 m2 powierzchni.
A później... Później popłynęliśmy na Pico.