sobota, 10 stycznia 2009

Wiedźmin

Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od strony windy.
Miał gęste szare włosy, starą kurtkę, elegancką białą koszulę i zniszczone skórzane buty. Przyszedł z pustymi rękami. Narzędzia nie były mu potrzebne. Wszystkim, czym dysponował, była para wąskich okularów w kieszonce koszuli i 38-letnie doświadczenie. Mężczyzna był wiedźminem. Wiedźminem sprzętu AGD. Całe życie walczył z zakamienionymi grzałkami pralek, tępił rdzę w zdziczałych łożyskach i bez lęku zagłębiał się w gąszcze elektrycznych przewodów. Był mistrzem i miał swoich uczniów. Był profesjonałem. W każdym calu.
- Cześć, córcia - przywitał się z Victorią.
Kuchnia nie zrobiła na nim wrażenia. Zwinął kurtkę i położył ją na stole.
- Cholera, Viki, nie wyobrażasz sobie jacy ludzie są podli - powiedział z goryczą.
Bo ludzie, z którymi się stykał naprawdę byli podli. Zwłaszcza ci, co zatrudniali go, żeby prowadził kursy majsterkowania i drobnych napraw. Wiecie, ile mu płacili? Za jego cenny czas, za jego 38-letnie doświadczenie? Coraz mniej! Naprawdę, ludzie wokół niego byli podli. A ci, którzy nie byli podli, byli głupi. Nie mieli pojęcia, że nie opłaca się robić kursu naprawy drobnego sprzętu AGD, bo ludzie wolą kupić nowy mikser niż naprawiać stary... Dla niego było to jasne. On miał 38-letnie doświadczenie w reperowaniu pralek, lodówek i odkurzaczy. Znał wszystkie wzory, rozebrał wszystkie modele, naprawiał najbardziej zagadkowe awarie. Potrafił przez telefon zdiagnozować usterkę, z którą na miejscu nie poradził sobie jego kolega, dobry profesjonalista. - A ty, co, wiedźmin? - zdziwił się wtedy kolega. Tak, był nim. Znał wpływ wody z różnych części Hiszpanii na grzałki pralek. Zjadł na tym zęby. Nazywał się Antonio i był prawdziwym fachurą. Wiedźminem AGD.
- To co się z nią dzieje? - westchnął wreszcie.
Pralka stała za jego plecami. Nawet jej nie dotknął. Ruchem brwi kazał gospodyni pokręcić bębnem. Wystarczył raz.
- Sprawa jest gruba - oznajmił. Jego ton nie zostawiał miejsca na wątpliwości.
Bardziej dla efektu niż z konieczności przewrócił pralkę. Na widok rozwalonych łożysk pokiwał tylko głową. Spodziewał się tego. Więcej, był tego pewien.
- Tu już nic nie da się zrobić - zawyrokował. Wziął kubek z herbatą i usiadł na fotelu w salonie. - Nawet sobie, Viki, nie wyobrażasz, jacy ludzie są podli - powiedział gorzko.
Bo ludzie byli podli, a ci, którzy nie byli podli, byli po prostu głupi. Chcieli na przykład, żeby naprawiał komputery. A komputery to nie był już jego świat. On nie rozumiał się z komputerami. Jego światem były pralki, lodówki, odkurzacze, duże AGD. Naprawiał je przez 38 lat, a teraz uczył tego innych.
Dopił herbatę i wyszedł. Nie wziął pieniędzy. Śpieszył się. Jego czas był w końcu cenny. Gdzieś czekała kolejna zepsuta pralka.

4 komentarze:

_album_ pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Anonimowy pisze...

Oh, Nonio, Antonio!
You're far too bleak and bonio!
And all that I wish,
You singular fish,
Is that you will quickly begonio.

*
t

b. pisze...

Halo! Ja chciałbym zaprotestować, powyżej było fajne zdjęcie z meczu Barcy i zniknęło!
Ech... Znowu coś zmieniają...

(KK) pisze...

Normalnie, jak to w matrixie ;) Już wróciło. I to w towarzystwie.