Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meseta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Meseta. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 stycznia 2012

Meseta. Jak nie znaleźć owiec w internecie

Internet wie wszystko, lecz jest to wiedza maszyny: łacina i liczby. To, czego szukałam, w sieci nie istniało. Można było ze sporym prawdopodobieństwem wnioskować, że wobec tego rzecz ta nie istnieje w ogóle (zwłaszcza, że w internecie istnieje przecież także to, co nie istnieje). Była jednak nazwa, w dodatku długa: trzynaście liter. Nazwa niosła nadzieję. Wasz korespondent, jak przystało na człowieka, który żyje z tego, co napisane, nie mógł przecież pozwolić sobie na luksus niewiary w słowa.

Trzynaście liter: transhumancja. Internet znał ten wyraz. Oznaczał formę pasterstwa, polegającą na sezonowym przepędzaniu owiec i bydła z pastwisk letnich na zimowe i odwrotnie. Hiszpania z jej pustkowiami wydawała się stworzona do przepędzania i rzeczywiście - sieć, zapytana o słowa "transhumancia + España", informowała o unijnych programach wspierania tradycyjnych form wypasu i mapie odtworzonych szlaków wędrówki stad. Szlaki liczyły sobie setki lat, a błękitne, lekko falujące linie biegły z północy na południe, niemal ocierając się o Miasto Noży i przecinając kropki, oznaczające wioski i mniejsze miasteczka. Przemarsz stada - pisano - był w tych miejscach wyczekiwany; zwierzęta pędzono przez sam środek rynku, a ludzie, wśród brzęku dzwonków, zapachu nawozu i porykiwania setek gardzieli, robili sobie fiestę. Wasz korespondent natychmiast zamarzył, żeby to zobaczyć.


Lecz to, o czym zamarzył wasz korespondent - internetowy rozkład jazdy stada owiec - w sieci nie istniało. Można było nadaremnie przeszukiwać wymarłe strony www wsi i małych miasteczek; zostawało się z niczym. Nigdy nie udało nam się odnaleźć żadnej wiejskiej fiesty z okazji transhumancji i wasz korespondent z przerażeniem zdał sobie sprawę, że istnieje coś, co ma nazwę, lecz nie istnieje i że tym czymś jest rzecz bardzo powszechna w Hiszpanii.

Pustka.


poniedziałek, 27 czerwca 2011

Meseta. Lekcja geometrii


Ortega y Gasset pisze, że Kastylijczycy mają swoją własną geometrię. Na Mesecie linie pionowe wyznaczają topole. Wzorcem poziomu jest grzbiet charta. Linię ukośną reprezentuje sylwetka oracza, pochylonego nad pługiem na szczycie pagórka. - A łuki? - drąży zaciekawiony pisarz, lecz pytanie wzburza jego rozmówcę. - U nas, w Kastylii, nie ma łuków! - obrusza się wyimaginowany Kastylijczyk. - En Castilla no hay curvas!


poniedziałek, 20 czerwca 2011

La Roda. Latarnia i kremówki

Jeśli Meseta jest morzem, choć suchym, powinna mieć swoją latarnię. I ma ją - w La Rodzie. Wieża kościoła Zbawiciela majaczy z oddali, obiecując wędrowcom wyżyny bezpieczy port. 

W La Rodzie jest jeden, godny uwagi, róg. Obowiązkiem wędrowca jest go sfotografować i wszystkie zdjęcia z La Rody wyglądają potem tak samo. Róg pochodzi z XVII wieku i nazywa się wieżą-rogiem Alcañabate lub Altamirano. Należał do Pedro Carrasco Bravo, a kiedyś, dawno temu, przenocowała w nim królowa Mariana de Austria, żona Filipa IV, zwanego Królem-Planetą.

Drugim obowiązkiem wędrowca w La Rodzie jest zjedzenie kremówki, a właściwie michałka. Miguelitos z La Rody z wyglądu przypominają poduszeczki, są znacznie miększe niż ciastka z Wadowic i mają o wiele mniej kremu, który może mieć smak wanili lub czekolady.

Wędrowiec nie ma więcej obowiązków w La Rodzie i może ją opuścić w spokoju ducha.


czwartek, 2 czerwca 2011

Meseta. Czasem jedziemy na safari


A czasem po prostu wsiadamy w samochód i jedziemy na safari. Wystarczy wyjechać z Miasta Noży i ominąć wjazd na autostradę. Najlepiej skierować się na wschód, ku La Felipie, a potem wybrać którąkolwiek z piaszczystych dróżek, wiodących do nikąd.


piątek, 1 kwietnia 2011

Meseta. Garść uwag o stole



Po Mesecie jedzie się jak po stole: równo, gładko, wysoko. Kiedy za Walencją skręca się na zachód, znad morza ku górom, ciężko to sobie wyobrazić. Droga wije się wzwyż, jak po stołowej nodze, a kiedy dociera się na szczyt, zamiast stoku w dół, naraz otwiera się wielka płaskość, równina - blat - nad którym pędzą chmury. Erica (pamiętacie Ericę?), krnąbrny duch naszego gps-a, mówi, że ten blat znajduje się na wysokości 600 m n.p.m.


Hiszpanie nazywają blat llanura. Czuwa nad nim Virgen de los Llanos, Dziewica Płaszczyzn. W Albacete - i podobno nigdzie indziej - chrzci się na jej cześć bary, sklepy i dziewczynki imieniem Llanos, którego wasz korespondent nie podejmuje się tłumaczyć, raczej nie.

Na stole je się; tłusto, mięśnie, zawiesiście. Smaży się sery i świńskie ogony. Z dzikie króliki, które ryją w llanurze tysiące nor, pakuje się do gazpacho manchego. Gazpacho jest ciepłe i gęste od rozmiękłej pszennej torty, którą z początku łatwo wziąć za bardzo, ale to bardzo rozgotowany makaron.

Zresztą dania Mesety (która sama ma w sobie stół) przypominają ją nieco.  Jest jakiś związek, odbicie.  Wszechzmieszane potrawki, gulasze, pół zupy-pół mięsa, bure, brązowe, czerwonawe jak ziemia. A kiedy na stół spada śnieg (a spada) robi się atascaburras: tłucze ziemniaki z dorszem i czosnkiem. Maź wydaje pod tłuczkiem odgłos kopyt osła, uwięzionego w błocie, zaś wygląda - wygląda jak przedwiosenna Meseta, żółta i lekko falująca, posypana kamieniami z piniowych orzeszków, polana oliwą słońca. Taki tu pejzaż na talerzu, na stole, na Blacie...