Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tapas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tapas. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2011

Albacete. Trochę prozy o ślimakach

Były różne dni; był na przykład taki, kiedy pani w supermarkecie pouciekały ślimaki. Trzymała je zamotane w siatkę o drobnych oczkach, ale oczka były na tyle szerokie, że zatrzymywały tylko muszle. To, co wylazło z muszli, rozpełzało się w bezładnej, ślamazarnej ucieczce po całym stoisku rybnym. Pamiętam zwłaszcza jednego: pełzł po metalowym rancie pomiędzy pojemnikami, gdzie na kruszonym lodzie szczerzyły kły morszczuki. Miał niezłe tempo i aż korciło mnie, żeby w nagrodę za dzielność schować go do kieszeni i wynieść ze sklepu, ale nie wiedziałam, czy ochroniarze nie oskarżą mnie o kradzież. Nie wiem, co się z nim stało. Umknął? Zagarnięto go na powrót do siatki? Spadł na lód i zamarzł?

Był też taki dzień, kiedy pojechaliśmy na spacer za miasto. Szliśmy dróżką między zapuszczonymi ogrodami i widzieliśmy, jak na siatkach ogrodzeń trwa wielka ślimacza orgia. Maleńkie śliskie ciałka, czasem w zamieszaniu gubiąc białe skorupki, wspinały się po drutach i po sobie nawzajem w samobójczym pędzie wzwyż. Można było zbierać je gronami jak porzeczki, ale zapadał już zmierzch i nie było nikogo, kto by to robił.

Był też taki dzień, kiedy błądziliśmy po Kadyksie i wszędzie wisiały napisy "hay caracoles", "są ślimaki" - wyklejone folią, wyrysowane dziecięcą rączką, wydrukowane z komputera - a my nie mogliśmy się zdecydować na żaden lokal i w końcu nic nie zjedliśmy. I był jeszcze taki dzień, kiedy po prostu usiedliśmy przy stoliku koło parku i zapytaliśmy kelnera, czy są. - Tak, ale tylko te małe - powiedział, a my ucieszyliśmy się, bo chodziło nam właśnie o te małe i baliśmy się, że skończył się na nie sezon.

Tego dnia dostaliśmy talerzyk z całym stadkiem. Jedliśmy z czystym sumieniem. Ślimaczyliśmy się tak bardzo, że nie mogło być wśród nich dzielnego uciekiniera z lady z morszczukami.


środa, 29 czerwca 2011

Pulp-ety. Wspomnienie z Costa Brava


1.
Był jeszcze cały rozedrgany z emocji, a może z zimna.
- Dwie - mówił po katalońsku i tak szybko, że Joseta ledwie nadążała tłumaczyć. - Były dwie. Jedną zastrzeliliśmy harpunem, drugą goniliśmy między głazami.
Stał po kolana w wodzie. Nie zdążył wciąż zdjąć stroju nurka i kiedy zaczął gestykulować, wydawało się, że po raz wtóry toczy walkę, szamocze się z ofiarą, ściga ją, zachodzi z boków i pędzi ku płaskiemu dnu, gdzie nie zdoła już owinąć się mackami wokół kamienia, przywierając do niego jak uszczelka. Ludzie z plaży przyglądali mu się z dobrotliwymi uśmiechami.

Ta druga jeszcze żyła i chcieliśmy ją zobaczyć. Był tak rozgorączkowany, że bez namysłu wyjął ją z siatki. Natychmiast rozwinęła ramiona we wszystkich kierunkach - długie, giętkie, rozkołysane. Wystarczyło zbliżyć rękę - klap-klap-klap-klap! - ssawki jedna po drugiej przyklejały się do skóry jak mokre, lepkie paluszki dziecka. Trzeba było je odlejać, jedna po drugiej. Wyszliśmy z wody i zostawiliśmy chłopaka z jego zdobyczą. Już z plaży widzieliśmy, jak szamoce się z nią, bezskutecznie usiłując wsadzić do siatki wszystkie osiem długich, giętkich, chwytnych ramion.



To było tego dnia, kiedy pływaliśmy kajakiem po morzu wśród skał. Wpłynęliśmy wtedy do tej wielkiej jaskini: wiosłowaliśmy tak długo, aż zrobiło się prawie całkiem ciemno, a z wysoka, z góry, słychać było kwilenie setek nietoperzy, choć żadnego nie dało się zobaczyć. Potem wróciliśmy ku światłu i widzieliśmy, jak pod nami, w błękitno-zielonej wodzie, przesuwają się cienie nurków. Byli szybsi od nas. i kiedy wylądowaliśmy na malutkiej kamienistej plaży, już tam byli, po kolana w wodzie, a jeden, cały rozedrgany z emocji lub z zimna, zgodził się pokazać nam ośmiornicę.


2.
- To bardzo proste - powiedziała pani. - Najpierw ją zamrażasz, tak na kamień. Potem rozmrażasz w lodówce. Jak ci się nie chce zamrażać, to możesz walnąć nią parę razy o coś twardego, ale zamrożenie jest lepsze. Później musisz ją przestraszyć. Bierzesz duży garczek, najlepszy byłby miedziany, ale może być zwykły i gotujesz w nim wodę. Potem straszysz rozmrożoną ośmiornicę. Wiesz jak?
- Nie, oczywiście, że nie wiem.
- Wkładasz ją do wrzątku i natychmiast wyciągasz. I znów wkładasz, i znów wyciągasz. Trzy razy. Ona się tego wrzątku boi i tak się kurczy w sobie. Rozumiesz? No, a potem już ją zostawiasz w tej wodzie, z cebulą i liściem laurowym. Jak nie jest duża, to tak na pół godziny. Jak ci się uda porządnie ją wystraszyć, to będzie miękka i nie odejdzie jej skóra. Wyciągasz, studzisz, tniesz na kawałki, posypujesz papryką. Widzisz, jakie to proste?
- Mrożę, gotuję...
- No, albo kupujesz już ugotowaną, dziś jest na promocji.

piątek, 1 kwietnia 2011

Meseta. Garść uwag o stole



Po Mesecie jedzie się jak po stole: równo, gładko, wysoko. Kiedy za Walencją skręca się na zachód, znad morza ku górom, ciężko to sobie wyobrazić. Droga wije się wzwyż, jak po stołowej nodze, a kiedy dociera się na szczyt, zamiast stoku w dół, naraz otwiera się wielka płaskość, równina - blat - nad którym pędzą chmury. Erica (pamiętacie Ericę?), krnąbrny duch naszego gps-a, mówi, że ten blat znajduje się na wysokości 600 m n.p.m.


Hiszpanie nazywają blat llanura. Czuwa nad nim Virgen de los Llanos, Dziewica Płaszczyzn. W Albacete - i podobno nigdzie indziej - chrzci się na jej cześć bary, sklepy i dziewczynki imieniem Llanos, którego wasz korespondent nie podejmuje się tłumaczyć, raczej nie.

Na stole je się; tłusto, mięśnie, zawiesiście. Smaży się sery i świńskie ogony. Z dzikie króliki, które ryją w llanurze tysiące nor, pakuje się do gazpacho manchego. Gazpacho jest ciepłe i gęste od rozmiękłej pszennej torty, którą z początku łatwo wziąć za bardzo, ale to bardzo rozgotowany makaron.

Zresztą dania Mesety (która sama ma w sobie stół) przypominają ją nieco.  Jest jakiś związek, odbicie.  Wszechzmieszane potrawki, gulasze, pół zupy-pół mięsa, bure, brązowe, czerwonawe jak ziemia. A kiedy na stół spada śnieg (a spada) robi się atascaburras: tłucze ziemniaki z dorszem i czosnkiem. Maź wydaje pod tłuczkiem odgłos kopyt osła, uwięzionego w błocie, zaś wygląda - wygląda jak przedwiosenna Meseta, żółta i lekko falująca, posypana kamieniami z piniowych orzeszków, polana oliwą słońca. Taki tu pejzaż na talerzu, na stole, na Blacie...


niedziela, 16 stycznia 2011

Jedz, myj się i kochaj


Na tapas chodziliśmy do La Esquinica, na plażę do Bułgarek i do tej knajpy na przedmieściach, która miała w nazwie przemarsz słoni; do portu wpadaliśmy raczej na obiady. W Esquinice dawali najlepsze ślimaki. Jadło się je wykałaczkami, brudząc się pikantnym sosem i oblizując palce. (Na południu w ogóle jadło się inaczej, ze wspólnych talerzy i często palcami, brudząc niemożebnie papierowe obrusy i sterty jednorazowych chusteczek). W Esquinice mieli też świetny queso fresco a la plancha, delikatny biały ser smażony na patelni i polany oliwą, i krewetki we wrzącej oliwie z czosnkiem; trzeba było uważać, żeby nie sparzyć ust. W Przemarszu Słoni robili niezrównane chipirones. Za parę euro dostawało się ćwiartkę cytryny i wielki talerz panierowanych kalmarów, nie większych od kciuka. Wyglądały jak  miniaturowe cthulhu. U Bułgarek (naprawdę były Bułgarkami, prowadziły knajpę na plaży w La Mandze, a gotowały tak świetnie, że polecili nam je Hiszpanie) zamawiało się gambas gabardina, krewetki w puchatym piwnym cieście, z którego sterczał tylko golutki, czerwony ogonek... No, i marineras. W Cartagenie zawsze zamawialiśmy marineras.

Marineras były typowo murcjańskie. Nie widzieliśmy ich w żadnym innym regionie, zanikały już kilkadziesiąt kilometrów na północ od Murcji, jak cafe bombon i inne dobre rzeczy, które w Cartagenie dawano w każdym barze. Ich podstawę stanowiła ensalada rusa, w której ze zdumieniem odkryliśmy poczciwą sałatkę jarzynową, leitmotiv wszystkich ciocinych imienin i świąt, nie wiedzieć czemu oddany we władanie rosyjskie. Czasem tylko kanoniczną kompozycję gotowanego ziemniaka, selera, marchwi, zielonego groszku i majonezu zakłócał intruz tuńczyk lub, o zgrozo, oliwki. Poza tym wszystko było jak u babci. Dom daleko od domu.

Sałatka w marineras nie była jednak samotna. Układano ją na czymś w rodzaju bladego suchego precelka o kształcie wąskiego owalu; nazywał się rosquilla i można go było kupić w paczkach w supermarkecie. Całość wieńczyło anchois. Sałatka zalegała grubą warstwą, precelek był kruchy - trzeba było przegryźć go tak, żeby się nie złamał w palcach, zostawiając nas z papką sałatki w dłoni i rękawie. Anchois ze szczytu lubiało zostawić na nosie jedzącego wilgotne maźnięcie oliwy. Trzy kęsy. Zwykle zamawialiśmy po jedno, dwa marineras na głowę.

Nie będzie puenty. Przywiozłam paczkę rosquillas na Parter*. Pozwolicie, że na chwilę Was opuszczę ;)


 (* pewnie można je jakoś upiec, nie jestem w tym dobra, ale obstawiam ciasto jak na włoskie grissini: mąka, woda, oliwa i drożdże; zresztą krakersy jako baza też dadzą radę)

PS. Nie, nie czytałam tej książki