Kiedy przyjechaliśmy (a przyjechaliśmy, jak zwykle, spóźnieni) płomienie obejmowały już leżącą na grillu wiązkę cebuli, spopielając długie wąsy i paląc delikatną zewnętrzną skórkę. Grzało słonko, kwitły stokrotki, sąsiad za żywopłotem chrobotał, tnąc jabłonie i było jasne, że właściwie jest już wiosna i naprawdę ostatni moment na calçotadę.
Do tradycyjnej katalońskiej calçotady potrzebne jest ognisko, cebula i przedwiośnie. Cebula musi być młoda, długa, wąsata u dołu, zielona na górze i w ogóle specjalna, owiana śródziemnomorskim wiatrem wschodniej Katalonii. Piecze się ją na ogniu, aż sczernieje z wierzchu i zmięknie w środku, a potem wyciąga za zielone wąsy z węglowej skorupki, macza w sosie z czosnku, pomidorów, orzechów oraz migdałów i pożera, trzymając sobie nad głową. O, tak jak David.
I już. Koniec filozofii. Wprawdzie, jako sumienny korespondent powinnam jeszcze napisać, że cebula jest słodka, sos kapie, ręce ma się czarne od węgla, po chwili wszyscy są już umorusani, świeci zdradliwe wczesnowiosenne słońce, sąsiad obok tnie jabłonie, kwitną stokrotki, pod nogami plącze się czyjaś ciężarna kocica... Ale czy naprawdę tyle stylistyki potrzeba, żeby powiedzieć, że po prostu... jest wiosna? ;)
PS. And special thanks for this weekend go to Joseta and David ;)




















