Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terceira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terceira. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 września 2009

Zabawy z bykiem na sznurku



Praca sprzedawcy lodów to na Terceirze zawód wysokiego ryzyka. Widzieliśmy na filmie: byk zaszarżował na maleńką drewnianą budkę z lodziarzem w środku, obrócił ją wokół osi, przesunął po płycie placu trochę w lewo, trochę w przód. Mężczyzna w białym, opiętym na brzuchu fartuchu z filozoficznym spokojem przytrzymał chwiejące się na ladzie wafle. Rozwścieczonemu bykowi nie poświęcił większej uwagi niż na krążącym nad lodami osom.

Film w ogóle był ciekawy. Wyświetlano go na telewizorkach, ustawionych we wszystkich sklepikach z pamiątkami i już pierwszego wieczora ugrzęźliśmy przed taką witryną, nie mogąc oderwać się od widoku. Na ekranie byki z kocim wdziękiem przeskakiwały metrowe kamienne murki, wpadały do przydomowych ogródków i dopadały ukrytych tam ludzi. Co rusz ktoś wylatywał w powietrze, tańczył na zabezpieczonych metalowymi kulkami rogach, zostawał zrzucony na asfalt lub w krzaki, po czym - jak gdyby nigdy nic - wstawał, ogarniał wokół tyłka podarte portki i z triumfalnym śmiechem oznajmiał widzom, że ależ skąd, nic mu się nie stało.

- To dlatego, że my, ludzie z Terceiry, jesteśmy inaczej zbudowani - śmiał się Bruno, wioząc nas na touradę. - Mamy inne kości, inne ścięgna. Nie tak łatwo nas zabić bykiem.
Wtedy nie wiedział jeszcze, że tego samego dnia przyjdzie mu to udowodnić na własnej skórze...


Terceira to jedyna wyspa Azorów, na której popularne są walki byków, a zwłaszcza ich szczególna, uliczna odmiana - Tourada à Corda, czyli amatorskie zmagania z bykiem na sznurku. Bojowe zwierzęta hoduje tu kilkunastu hodowców, a poszczególne stada mają wiernych fanów. - Jak drużyny piłki nożnej - tłumaczył nam Bruno w samochodzie. - Ludzie potrafią jeździć na tourady ulubionych byków tak jak kibice piłkarscy jeżdżą na mecze swoich ekip.

Najbardziej uwielbianym bykiem Terceiry był "64" z hodowli Humberto Filipe. Nazywano go "Kobieciarzem", bo z upodobaniem wspinał się na murki, przeskakiwał ogrodzenia i wdzierał się na tarasy, jakby chciał skraść całusa, ukrywającym się tam kobietom. Kiedy, w wieku ośmiu lat, zmarł na atak serca, wiadomość o jego śmierci zepchnęła wszystkie inne doniesienia z pierwszych stron azorskich gazet. Wyspy okryła żałoba.


Nie na długo jednak. Na Terceirze lato to bycza pora roku. Od maja do września odbywa się ponad 250 ulicznych walk. Nie ma dnia, by w jednej lub dwóch wsiach na wyspie nie odbywała się Tourada à Corda, a Tourada à Corda to prawdziwe uliczne święto. I właśnie coś takiego miał nam pokazać Bruno, który oprócz tego, że jest biotechnologiem i pisze piosenki do radia, prowadzi też najlepszego w całej sieci bloga o tauromachii na Terceirze (po portugalsku. Polecam). Trasa jednej z tourad miała zresztą przebiegać pod oknami domu jego rodziny.



Kiedy dojechaliśmy na miejsce, ulica była już zagrodzona deskami, a tarasy i balkony zabezpieczone płytami z pilśni. Na jezdni kłębił się wesoły tłum mężczyzn, wzajemnie poklepujących się po plecach. Wszyscy się tu znali. Nie znali natomiast nas, więc od razu posypały się przyjazne ostrzeżenia i zaproszenia: do ogródków, na tarasy, na murki. Byliśmy obcy - byliśmy zatem gośćmi, a cała ulica poczuła się zobowiązana do troski. Mama Bruna zaraz porwała nas do kuchni. Tourada à Corda to na Terceirze okazja towarzyska. Zaradne gospodynie przygotowują dom na oblężenie, niezależnie od listy zaproszonych gości gotowe wyżywić pieczonym bobem, domową kiszką, nadziewanymi ziemniakami, skrzydełkami z kurczaka i panierowanymi pasztecikami przypadkowo przechodzący batalion wojska. Oraz dowolną liczbę zabłąkanych turystów z dalekiego wschodu...


Nakarmieni, poszliśmy zobaczyć skrzynie. Stały na niewielkim placyku koło kolorowej kapliczki Ducha Świętego. Były wielkie, masywne i żelazne, a ludzie trzymali się od nich w pewnej odległości. Wewnątrz - ciche jak gdyby wcale ich nie było - tkwiły cztery bojowe byki z hodowli Jose Albino Fernandesa.

Raca huknęła, kiedy byliśmy jeszcze na ulicy. Tłum nie rozpierzchł się jednak, zwrócił tylko w stronę, z której mógł nadbiec byk. Kilka osób znów zaoferowało, że ukryje nas na swoim tarasie, podziękowaliśmy jednak. Mieliśmy dobre miejsce w ogródku Bruna i wiele wskazywało na to, że nie trzeba jeszcze uciekać. Zwłaszcza, że pierwszy byk był leniwy. Prawie wcale nie szarżował. Spokojnym truchtem przebiegł kawałek, pozwalając wszystkim ukryć się za ogrodzeniami. Na zadzie miał wypaloną literę P, co oznaczało, że pierwotnie był przeznaczony do walk na arenie i teraz wyraźnie nie wiedział jak się zachować na opustoszałej ulicy. Ośmiu pasterzy, czyli mężczyzn w białych koszulach i czarnych kapeluszach, którzy dla bezpieczeństwa trzymali długi sznur, na końcu którego uwiązany był byk, nudziło się setnie. Jedyny popis dała zażywna babeczka, która, wychylając się z balkonu, majtała zwierzęciu przed nosem parasolką.



Parasolki i udające mulety koce z wszytym kijkiem są tradycyjną bronią capinhas, czyli ulicznych torerów-amatorów. Dwóch z nich, w podobnych czerwonych koszulkach, dało ładny występ z drugim bykiem. Świetnie zgrani wabili zwierzę parasolką i szmatą, po czym odskakiwali, przepuszczając je między sobą w pases podobnych do tych, które zawodowcy wykonują na arenie. Byk mijał ich i nawracał, znów dawał się zwieść połączonej sile parasola i koca, ponownie szarżował i ponownie trafiał w pustkę, aż chłopakom znudziło się i po prostu odeszli, a pastorzy zagonili zwierzę do skrzyni.

W przerwie między trzecim a czwartym bykiem, poszliśmy podpatrzyć, jak montuje się mosiężne nakładki na rogi (ten drugi byk ryczał przy tym z wnętrza skrzyni niskim głuchym rykiem, który brzmiał jak wiertarka lub zepsuty odkurzacz). Stojący na kontenerze policjant skinął, żebyśmy wspięli się na klatkę. Pasterze próbowali oponować, ale uciszył ich ruchem ręki i kiwnął jeszcze raz. Wdrapaliśmy się na górę. Z pomiędzy żelaznych sztab, zabezpieczających skrzynię od góry, buchał gorący zapach byka, spokojnie stojącego pod nami. Jego sąsiad walczył właśnie z ludźmi, którzy przez otwartą klapę, unieruchomiwszy jego łeb sznurami, nakręcali mu na rogi błyszczące mosiężne gałki.


Ten byk nie ryczał, ale kiedy otwarto skrzynię, wyprysnął jak z procy i popędził szukać zemsty. Pasterze, łapiąc w popłochu kapelusze, pognali za nim, by w odpowiedniej chwili uwiesić się na sznurze i zatrzymać impet zwierzęcia... Ale było już za późno. Bruno opowiadał później, że poczuł tylko powiew wiatru i smród byczego potu. A potem... poślizgnął się na progu i wyłożył jak długi, stając się pierwszą i jedyną tego dnia ofiarą tourady.



Później, kiedy jego brat pielęgniarz opatrywał mu rozbite kolano i zdartą skórę na przedramieniu, matka Bruna znacząco pokiwała głową.

- No - powiedziała. - To teraz widzieli już wszystko: i walkę, i jedzenie, i krew.

*
PS. We wouldn't have seen a half of what we saw on Terceira without great help of Bruno and hospitality of His Family. So, please, let mi say: BRUNO, MUITO OBRIGADO! It's also your fault that we've fallen in love in the Azores islands ;)

piątek, 11 września 2009

Zupa z Ducha


- Przepraszam, czy orientuje się pani gdzie możemy zjeść zupę z Ducha Świętego?
- O tej porze roku? Obawiam się, że nigdzie...
- Może w jakiejś restauracji z kuchnią regionalną?
- Raczej nie. Nawet w sezonie restauracje rzadko ją gotują. To takie danie domowe, każda gospodyni robi je sama, dla swojej rodziny...
- Ale nam tak bardzo zależy! Strasznie chcielibyśmy spróbować.
- Cóż, w Angra do Heroismo nie ma szans. Ale w Sao Sebastiao jest miła knajpka z lokalnymi daniami. Może się zgodzą, zwłaszcza jeśli to ma być dla większej grupy...
*
Na Terceirze, trzeciej co do wielkości wyspie portugalskiego archipelagu Azorów, mieszka 55 tysięcy ludzi. I podobno wszyscy są szaleni. - Najbardziej ze wszystkich azorczyków - powtarzał Bruno, młody biotechnolog, autor radiowych piosenek i twórca bloga o bykach na sznurku. Bruno z oddaniem wprowadzał nas w tajniki życia na Terceirze i smutniał tylko, gdy opowiadał jak ludzie z sąsiedniej wyspy Sao Miguel gotują mięso i warzywa w wielkich garach, zakopywanych w wulkanie. - Kiedy Pan Bóg stwarzał Azory, pomylił się - mówił, a w jego głosie pojawiała się nutka zazdrości. - To miało być u nas...
Archipelag Azorów składa się z dziewięciu wulkanicznych wysp. I, choć, zakrawa to na banał rodem z turystycznego folderu, każda jest inna. Terceira przypomina regularną zielono-zieloną szachownicę. Kiedy Pan Bóg ją stwarzał, zamiast wulkanicznej kuchni, dał jej soczyste pastwiska, które ludzie podzielili między siebie niskimi murkami z czarnych kamieni, a mieszkańcom zaszczepił szaloną, gorącą krew i miłość do byków. Oraz do Ducha Świętego. Na Terceirze większość imperios - niedużych, bajecznie kolorowych kapliczek, przypominających niewielkie domki, nosi wezwanie Espirito Santo, a największe święto religijne to Zielone Świątki. I właśnie z okazji Zielonych Świątek tutejsze gospodynie gotują zupę z Ducha Świętego.
*
- Halo, tak? Oj, nie, nie mamy. Nie. A to by miało być dla ilu osób? Dla dwóch...? Rozumiem. Proszę poczekać, zapytam kucharza. Halo? Dobrze, to na którą godzinę zarezerwować stolik?
*
- ...albo na przykład ze święconej wody. Dostajesz talerz z gorącą święconą wodą... - spekulowaliśmy pod błękitno-żółtym imperio w Sao Amaro. Autobus, który kilka razy dziennie okrąża wyspę uciekł nam w Angrze i widmo spóźnienia się na zamówiony obiad głęboko zajrzało nam w oczy. - ...wodą, poświęconą przez biskupa na specjalnym nabożeństwie raz do roku - zupełnie nie mieściło nam się w głowach, dlaczego tak trudno zdobyć zupę z Ducha Świętego. Przecież powinna być turystycznym must have! My już po lakonicznej wzmiance w przewodniku wiedzieliśmy, że nie wyjedziemy z Terceiry zanim jej nie spróbujemy... Staliśmy więc pod błękitno-żółtym imperio, kiwając na stopa i dopiero życzliwy kierowca przerwał nam obmyślanie coraz bardziej egzotycznych składników oraz rytuałów.
- Dokąd was zabrać? Do Sao Sebastiao? Wsiadajcie, wsiadajcie, pojedziemy ładniejszą drogą, pokażę wam wioskę, gdzie się urodziłem...
*
Restauracja była ciemna, przytulna i niemal pusta. Tylko przy stoliku pod oknem dwie starsze Angielki szeptały, nachylając się do siebie nad talerzami z lokalnym serem.
- Mamy rezerwację na zupę z Ducha... - przypomnieliśmy się kelnerce.
- Czy życzą sobie państwo przekąski?
Popatrzyliśmy po sobie.
- Nie, nie. Od razu zupę...
- A na drugie danie?
- Jeszcze nie wiemy. Na razie zupę...
Kelnerka uśmiechnęła się wyrozumiale i zniknęła na zapleczu. Po chwili wróciła z wielką metalową wazą. Sięgaliśmy do pokrywki ostrożnie, jakby na naszym stoliku, na białym haftowanym obrusie, stanął właśnie święty Graal. Ze środka zapachniało gulaszem, kapustą i rozmoczonym chlebem...