Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lutego 2013

Sewilla. Lody o smaku dymu


Nie będę ukrywać. Chodziło o księżną Alby. O Maríę del Rosario Cayetanę Fitz-James Stuart y Silva, pięciokrotną księżną, osiemnastokrotną markizę, dwudziestokrotną hrabiankę, osobę, która posiada najwięcej szlacheckich tytułów na ziemi, ma 87 lat, lecz na skutek niezliczonych operacji plastycznych przypomina fascynujące skrzyżowanie lalki Barbie z mumią pawiana, wciąż używa różowego błyszczyka, a także niedawno poślubiła młodszego o 24 lata mężczyznę. Na weselu podano lody. Nie było wyjścia - poszliśmy ich spróbować.

Najbardziej chciałam zjeść lody o smaku dymu. Joaquin Liria Bulnes, właściciel słynnej sewillskiej lodziarni La Fiorentina, ukręcił je ku czci wielkotygodniowych procesji. Ulicami Sewilli idą wówczas wielotysięczne pochody zakapturzonych nazarenos, niesie się pasos i dymi kadzidłem. Taki miał być właśnie smak tych lodów - a przynajmniej tak go sobie wyobrażałam - ciężka, dusząca słodycz kadzidła, zakończona goryczą palonych ziół. Liria Bulnes był dość szczególnym lodziarzem. Za cel życia postawił sobie zakląć w zmrożone gałki najbardziej charakterystyczne smaki i zapachy Sewilli: azahar, woń kwiatu pomarańczy, rozmaryn, oliwę, manzanillę i jerez, ciastka palmeras, torrijas i inne miejscowe słodycze. Poza tym lubił też rzeźbić w arbuzach.



Był koniec lipca, ale lodziarnia stała prawie pusta. Z zewnątrz nie wyróżniała się niczym i gdybym na ostatniej stronie lokalnej gazety nie wyczytała, że księżna Alby zamówiła tu lody na swoje ostatnie wesele, nigdy byśmy tam nie weszli. Dziewczyna za kontuarem patrzyła na nas wyrozumiale, kiedy czytaliśmy etykietki na metalowych rynienkach z lodami. Musiała być przyzwyczajona. - O smaku dymu? Nie ma - powiedziała przepraszająco. - Joaquin robi je tylko na specjalne zamówienie. Na codzień nikt nie chce ich kupować.

Wybraliśmy dwie inne gałki: azahar o smaku kwiatu pomarańczy oraz cytrynowo-miętową. Druga była lepsza, orzeźwiająca w sewilskim upale. To był dobry wybór, ale trochę żałowaliśmy, że nie spróbowaliśmy zamrożonego dymu ani chociaż lodowej oliwy. Na szczęście kilka miesięcy później okazało się, że zupełnie nie było czego. Smog w Krakowie zgęstniał tak, że dało się kroić go nożem. Zostawiał na śluzówce zimny, gęsty, gorzki posmak dymu, bezsprzecznie dowodząc wyższości lodów o smaku azahar.

I dlatego postanowiliśmy znów pojechać do Albacete. 


środa, 10 sierpnia 2011

Albacete. Trochę prozy o ślimakach

Były różne dni; był na przykład taki, kiedy pani w supermarkecie pouciekały ślimaki. Trzymała je zamotane w siatkę o drobnych oczkach, ale oczka były na tyle szerokie, że zatrzymywały tylko muszle. To, co wylazło z muszli, rozpełzało się w bezładnej, ślamazarnej ucieczce po całym stoisku rybnym. Pamiętam zwłaszcza jednego: pełzł po metalowym rancie pomiędzy pojemnikami, gdzie na kruszonym lodzie szczerzyły kły morszczuki. Miał niezłe tempo i aż korciło mnie, żeby w nagrodę za dzielność schować go do kieszeni i wynieść ze sklepu, ale nie wiedziałam, czy ochroniarze nie oskarżą mnie o kradzież. Nie wiem, co się z nim stało. Umknął? Zagarnięto go na powrót do siatki? Spadł na lód i zamarzł?

Był też taki dzień, kiedy pojechaliśmy na spacer za miasto. Szliśmy dróżką między zapuszczonymi ogrodami i widzieliśmy, jak na siatkach ogrodzeń trwa wielka ślimacza orgia. Maleńkie śliskie ciałka, czasem w zamieszaniu gubiąc białe skorupki, wspinały się po drutach i po sobie nawzajem w samobójczym pędzie wzwyż. Można było zbierać je gronami jak porzeczki, ale zapadał już zmierzch i nie było nikogo, kto by to robił.

Był też taki dzień, kiedy błądziliśmy po Kadyksie i wszędzie wisiały napisy "hay caracoles", "są ślimaki" - wyklejone folią, wyrysowane dziecięcą rączką, wydrukowane z komputera - a my nie mogliśmy się zdecydować na żaden lokal i w końcu nic nie zjedliśmy. I był jeszcze taki dzień, kiedy po prostu usiedliśmy przy stoliku koło parku i zapytaliśmy kelnera, czy są. - Tak, ale tylko te małe - powiedział, a my ucieszyliśmy się, bo chodziło nam właśnie o te małe i baliśmy się, że skończył się na nie sezon.

Tego dnia dostaliśmy talerzyk z całym stadkiem. Jedliśmy z czystym sumieniem. Ślimaczyliśmy się tak bardzo, że nie mogło być wśród nich dzielnego uciekiniera z lady z morszczukami.


piątek, 29 lipca 2011

Estremadura. Wciąż żywe nogi


Bardzo chciałam zobaczyć świnie. Czarne iberyjskie świnie, którym, w stosownym czasie, odcina się tylne nogi, żeby zrobić z nich szynki - takie szynki wiszą potem pod sufitem w knajpie i w ogniu rozmów ściekają z nich krople żółtego tłuszczu albo stoją na specjalnym stojaczku, zwanym jamonerą, w kuchni, w kącie blatu, z kopytkiem wstydliwie przykrytym ściereczką. Jechaliśmy przez Estremadurę, wśród olbrzymich, zielonych pastwisk, nakrapianych dębami korkowymi, a ja wypatrywałam świń. I nigdzie ich nie było.

Estremadurskie pastwiska przypominały sawannę. Łagodnie falujące, porośnięte wściekle zieloną trawą i pojedynczymi, niewysokimi drzewami - sięgały po horyzont. Milion hektarów, ujawnił później wujek google. Milion hektarów, jedna czwarta powierzchni regionu, podzielona między 1500 hodowców i ich milion świń. Doprawdy, trudno było zrozumieć, gdzie się wszyscy na raz podziali...

Tego dnia, kiedy wreszcie spotkaliśmy świnie, lało. To było duże stado: kilkaset zwierząt ryło w trawie, szukając żołędzi (później dowiedzieliśmy się, że zjadają ich od 6 do 10 kg dziennie), rozmarynu i tymianku. Były bardziej grafitowe niż czarne; tylko na mokrych od deszczu grzbietach skóra nabierała barwy błyszczącej czerni. Zatrzymaliśmy się, żeby je obejrzeć, a one widocznie także zapragnęły obejrzeć nas, bo przydreptały do ogrodzenia. Daleko, w tle, pasły się wielkie czarne byki (w Estremadurze jest ponad sto hodowli byków do walki) - one także podniosły łby, gotowe stanąć w obronie mniejszych braci.

Świnie szybko znudziły się nami. Patrzyliśmy jak wracają do żerowania, próbując sobie wyobrazić jak przerabiają to, co zjedzą na tłuszcz, który odkłada się pomiędzy włóknami mięśni, co zapewnia ich nogom niepowtarzalny smak. Jamon iberico z czarnych świń, karmionych żołędziami, ceni się bardziej niż zwykłe wieprzowe jamon serrano. Kiedy nadchodzi czas, wycina się te nogi i obkłada morską solą. Przez tydzień leżą w miejscu, gdzie temperatura nie przekracza pięciu stopni, a wilgotność sięga 90 procent. Potem myje się je i zostawia na 30-60 dni, by sól krążyła w nich, odwadniając i konserwując mięso. Kolejne sześć do dziewięciu miesięcy nogi spędzają w suszarniach, w temperaturze 15-30 stopni. Stamtąd wędrują do bodegi. Te najlepsze przez 28 miesięcy będą tam dojrzewać, aż tłuszcz przeniknie włókna ich mięśni, nadając mięsu aromat i smak. Potem ktoś kupi je i zawiesi w knajpie pod sufitem lub umocuje w jamonerze na kuchennym blacie, a jeśli będą miały szczęście, pokroi je zawodowy cortador de jamon, może sam Florencio Sanchidrián, który potrafi, tnąc, wydobyć z szynki siedem różnych smaków, albo nawet Manuel Anselmo Pérez, tegoroczny mistrz Hiszpanii w sztuce cięcia prosięcych nóg.

Na razie jednak świnie pasły się spokojnie. Byki co jakiś czas przegrupowywały się za ich plecami i nie spuszczały nas z oczu. Znów zaczęło padać i musieliśmy uciekać do samochodu, zostawiając czarnym świniom ich żołędzie, nogi i chwalebną przyszłość.

środa, 29 czerwca 2011

Pulp-ety. Wspomnienie z Costa Brava


1.
Był jeszcze cały rozedrgany z emocji, a może z zimna.
- Dwie - mówił po katalońsku i tak szybko, że Joseta ledwie nadążała tłumaczyć. - Były dwie. Jedną zastrzeliliśmy harpunem, drugą goniliśmy między głazami.
Stał po kolana w wodzie. Nie zdążył wciąż zdjąć stroju nurka i kiedy zaczął gestykulować, wydawało się, że po raz wtóry toczy walkę, szamocze się z ofiarą, ściga ją, zachodzi z boków i pędzi ku płaskiemu dnu, gdzie nie zdoła już owinąć się mackami wokół kamienia, przywierając do niego jak uszczelka. Ludzie z plaży przyglądali mu się z dobrotliwymi uśmiechami.

Ta druga jeszcze żyła i chcieliśmy ją zobaczyć. Był tak rozgorączkowany, że bez namysłu wyjął ją z siatki. Natychmiast rozwinęła ramiona we wszystkich kierunkach - długie, giętkie, rozkołysane. Wystarczyło zbliżyć rękę - klap-klap-klap-klap! - ssawki jedna po drugiej przyklejały się do skóry jak mokre, lepkie paluszki dziecka. Trzeba było je odlejać, jedna po drugiej. Wyszliśmy z wody i zostawiliśmy chłopaka z jego zdobyczą. Już z plaży widzieliśmy, jak szamoce się z nią, bezskutecznie usiłując wsadzić do siatki wszystkie osiem długich, giętkich, chwytnych ramion.



To było tego dnia, kiedy pływaliśmy kajakiem po morzu wśród skał. Wpłynęliśmy wtedy do tej wielkiej jaskini: wiosłowaliśmy tak długo, aż zrobiło się prawie całkiem ciemno, a z wysoka, z góry, słychać było kwilenie setek nietoperzy, choć żadnego nie dało się zobaczyć. Potem wróciliśmy ku światłu i widzieliśmy, jak pod nami, w błękitno-zielonej wodzie, przesuwają się cienie nurków. Byli szybsi od nas. i kiedy wylądowaliśmy na malutkiej kamienistej plaży, już tam byli, po kolana w wodzie, a jeden, cały rozedrgany z emocji lub z zimna, zgodził się pokazać nam ośmiornicę.


2.
- To bardzo proste - powiedziała pani. - Najpierw ją zamrażasz, tak na kamień. Potem rozmrażasz w lodówce. Jak ci się nie chce zamrażać, to możesz walnąć nią parę razy o coś twardego, ale zamrożenie jest lepsze. Później musisz ją przestraszyć. Bierzesz duży garczek, najlepszy byłby miedziany, ale może być zwykły i gotujesz w nim wodę. Potem straszysz rozmrożoną ośmiornicę. Wiesz jak?
- Nie, oczywiście, że nie wiem.
- Wkładasz ją do wrzątku i natychmiast wyciągasz. I znów wkładasz, i znów wyciągasz. Trzy razy. Ona się tego wrzątku boi i tak się kurczy w sobie. Rozumiesz? No, a potem już ją zostawiasz w tej wodzie, z cebulą i liściem laurowym. Jak nie jest duża, to tak na pół godziny. Jak ci się uda porządnie ją wystraszyć, to będzie miękka i nie odejdzie jej skóra. Wyciągasz, studzisz, tniesz na kawałki, posypujesz papryką. Widzisz, jakie to proste?
- Mrożę, gotuję...
- No, albo kupujesz już ugotowaną, dziś jest na promocji.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

La Roda. Latarnia i kremówki

Jeśli Meseta jest morzem, choć suchym, powinna mieć swoją latarnię. I ma ją - w La Rodzie. Wieża kościoła Zbawiciela majaczy z oddali, obiecując wędrowcom wyżyny bezpieczy port. 

W La Rodzie jest jeden, godny uwagi, róg. Obowiązkiem wędrowca jest go sfotografować i wszystkie zdjęcia z La Rody wyglądają potem tak samo. Róg pochodzi z XVII wieku i nazywa się wieżą-rogiem Alcañabate lub Altamirano. Należał do Pedro Carrasco Bravo, a kiedyś, dawno temu, przenocowała w nim królowa Mariana de Austria, żona Filipa IV, zwanego Królem-Planetą.

Drugim obowiązkiem wędrowca w La Rodzie jest zjedzenie kremówki, a właściwie michałka. Miguelitos z La Rody z wyglądu przypominają poduszeczki, są znacznie miększe niż ciastka z Wadowic i mają o wiele mniej kremu, który może mieć smak wanili lub czekolady.

Wędrowiec nie ma więcej obowiązków w La Rodzie i może ją opuścić w spokoju ducha.


piątek, 1 kwietnia 2011

Meseta. Garść uwag o stole



Po Mesecie jedzie się jak po stole: równo, gładko, wysoko. Kiedy za Walencją skręca się na zachód, znad morza ku górom, ciężko to sobie wyobrazić. Droga wije się wzwyż, jak po stołowej nodze, a kiedy dociera się na szczyt, zamiast stoku w dół, naraz otwiera się wielka płaskość, równina - blat - nad którym pędzą chmury. Erica (pamiętacie Ericę?), krnąbrny duch naszego gps-a, mówi, że ten blat znajduje się na wysokości 600 m n.p.m.


Hiszpanie nazywają blat llanura. Czuwa nad nim Virgen de los Llanos, Dziewica Płaszczyzn. W Albacete - i podobno nigdzie indziej - chrzci się na jej cześć bary, sklepy i dziewczynki imieniem Llanos, którego wasz korespondent nie podejmuje się tłumaczyć, raczej nie.

Na stole je się; tłusto, mięśnie, zawiesiście. Smaży się sery i świńskie ogony. Z dzikie króliki, które ryją w llanurze tysiące nor, pakuje się do gazpacho manchego. Gazpacho jest ciepłe i gęste od rozmiękłej pszennej torty, którą z początku łatwo wziąć za bardzo, ale to bardzo rozgotowany makaron.

Zresztą dania Mesety (która sama ma w sobie stół) przypominają ją nieco.  Jest jakiś związek, odbicie.  Wszechzmieszane potrawki, gulasze, pół zupy-pół mięsa, bure, brązowe, czerwonawe jak ziemia. A kiedy na stół spada śnieg (a spada) robi się atascaburras: tłucze ziemniaki z dorszem i czosnkiem. Maź wydaje pod tłuczkiem odgłos kopyt osła, uwięzionego w błocie, zaś wygląda - wygląda jak przedwiosenna Meseta, żółta i lekko falująca, posypana kamieniami z piniowych orzeszków, polana oliwą słońca. Taki tu pejzaż na talerzu, na stole, na Blacie...


niedziela, 16 stycznia 2011

Jedz, myj się i kochaj


Na tapas chodziliśmy do La Esquinica, na plażę do Bułgarek i do tej knajpy na przedmieściach, która miała w nazwie przemarsz słoni; do portu wpadaliśmy raczej na obiady. W Esquinice dawali najlepsze ślimaki. Jadło się je wykałaczkami, brudząc się pikantnym sosem i oblizując palce. (Na południu w ogóle jadło się inaczej, ze wspólnych talerzy i często palcami, brudząc niemożebnie papierowe obrusy i sterty jednorazowych chusteczek). W Esquinice mieli też świetny queso fresco a la plancha, delikatny biały ser smażony na patelni i polany oliwą, i krewetki we wrzącej oliwie z czosnkiem; trzeba było uważać, żeby nie sparzyć ust. W Przemarszu Słoni robili niezrównane chipirones. Za parę euro dostawało się ćwiartkę cytryny i wielki talerz panierowanych kalmarów, nie większych od kciuka. Wyglądały jak  miniaturowe cthulhu. U Bułgarek (naprawdę były Bułgarkami, prowadziły knajpę na plaży w La Mandze, a gotowały tak świetnie, że polecili nam je Hiszpanie) zamawiało się gambas gabardina, krewetki w puchatym piwnym cieście, z którego sterczał tylko golutki, czerwony ogonek... No, i marineras. W Cartagenie zawsze zamawialiśmy marineras.

Marineras były typowo murcjańskie. Nie widzieliśmy ich w żadnym innym regionie, zanikały już kilkadziesiąt kilometrów na północ od Murcji, jak cafe bombon i inne dobre rzeczy, które w Cartagenie dawano w każdym barze. Ich podstawę stanowiła ensalada rusa, w której ze zdumieniem odkryliśmy poczciwą sałatkę jarzynową, leitmotiv wszystkich ciocinych imienin i świąt, nie wiedzieć czemu oddany we władanie rosyjskie. Czasem tylko kanoniczną kompozycję gotowanego ziemniaka, selera, marchwi, zielonego groszku i majonezu zakłócał intruz tuńczyk lub, o zgrozo, oliwki. Poza tym wszystko było jak u babci. Dom daleko od domu.

Sałatka w marineras nie była jednak samotna. Układano ją na czymś w rodzaju bladego suchego precelka o kształcie wąskiego owalu; nazywał się rosquilla i można go było kupić w paczkach w supermarkecie. Całość wieńczyło anchois. Sałatka zalegała grubą warstwą, precelek był kruchy - trzeba było przegryźć go tak, żeby się nie złamał w palcach, zostawiając nas z papką sałatki w dłoni i rękawie. Anchois ze szczytu lubiało zostawić na nosie jedzącego wilgotne maźnięcie oliwy. Trzy kęsy. Zwykle zamawialiśmy po jedno, dwa marineras na głowę.

Nie będzie puenty. Przywiozłam paczkę rosquillas na Parter*. Pozwolicie, że na chwilę Was opuszczę ;)


 (* pewnie można je jakoś upiec, nie jestem w tym dobra, ale obstawiam ciasto jak na włoskie grissini: mąka, woda, oliwa i drożdże; zresztą krakersy jako baza też dadzą radę)

PS. Nie, nie czytałam tej książki

wtorek, 14 grudnia 2010

Patriotyzm od kuchni


Autonomiczne władze Katalonii zadecydowały niedawno, że czterogwiazdkowe hotele regionu muszą serwować tradycyjne katalońskie śniadania. W kartach dań mają obowiązkowo znaleźć się pà amb tomàquet, czyli grzanki z pomidorem i wieprzowa kiełbasa botifarra. Rozporządzenie obejmuje hotele nowopowstające oraz te, które będą chciały podnieść swój status z trzech gwiazdek.

Hotelarze nie panikują. Jordi Clos, przewodniczący Barcelońskiego Zrzeszenia Hoteli, poproszony przez El Mundo o komentarz, nazwał inicjatywę Generalitat "anegdotyczną" i oznajmił, że większość obiektów  o wysokim standardzie od dawna podaje na śniadania lokalne marmolady i słodkie bułeczki, więc wsyzstko jest tip-top.

Tak surowe obostrzenia kuchenne nie obowiązują w żadnym innym autonomicznym regionie Hiszpanii. Władze Walencji uznały je wręcz za łamanie prawa unijnego i zamach na wolną konkurencję.

Aby zamachnąć się na wolną konkurencję i przygotować pà amb tomàquet w domu należy:

Bagietkę pokroić na mniejsze części i przepołowić. Podpiec w piekarniku, tosterze lub na grillu aż wierzch będzie suchy i złocisty. Natrzeć przekrojonym dojrzałym pomidorem. Polać oliwą. Posolić.

PS. Pà amb tomàquet albo pan con tomate jest podawany na śniadanie w całej Hiszpanii, ale wywodzi się właśnie z Katalonii.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Jak pasteryzować opowieści


Bar Casa Paco mieścił się na górce, na przeciw uniwersytetu i już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to sąsiedztwo niezawinione. Między kampusem a barem rozciągał się wielki, płaski, rozgrzany jak patelnia parking. Po lewej straszyła spięta stalowymi klamrami, wybebeszona arena do corridy. Wokół  piętrzyły się ruiny. Wiatr przeganiał wte i we wte gorący żółty pył.

Bar Casa Paco właściwie sam był ruiną. Ostatni budynek wśród zgliszcz, podparty stemplami. Z początku jeszcze miał balkon - żelazny, arabeskowy - ale po kilku dniach zabito go deskami i zasłonięto plastikową płachtą. Wydawało się, że dalej pójdzie już szybko. Kierowcy buldożerów, którzy równali sąsiednie budynki pod apartamentowiec, nawet nie gasili silników, kiedy przychodzili do Casa Paco na kawę.

W środku było ciasno i ciemno. Po ostrym, cartageńskim słońcu oczy długo przyzwyczajały się do mroku. Kiedy wreszcie odzyskiwało się wzrok, najpierw dostrzegało się migający słabo fliper, a później zakurzone, wyblakłe plakaty. Na ścianach u Paco wciąż rządził Raul Saez, torero z Cartageny, lokalna gwiazda, bezdomna przez niekończący się remont areny oraz chłopcy z Realu Madryt, z czasów, kiedy ich trenerem był Beenhakker. Nad lustrem, nad rzędem napoczętych butelek czuwała Matka Boska. Pod nią czuwał któryś z dwóch braci Paco: szary jak kurz na butelkach, w koszuli równie spłowiałej, co ściany, spokojny, milczący i cierpliwy. Sam Paco nie żył już od paru lat.



Chodziliśmy tam na kawę. Stary ekspres z Casa Paco pluł do przezroczystych szklaneczek gęstym espresso, któryś z braci dolewał skondensowane mleko, które osadzało się na dnie grubą warstwą. Słodka, zawiesista jak upał kawa południa - nigdzie na północ od Walencji nie dostaliśmy dobrego cafe bombon; nigdzie w Hiszpanii nie piliśmy lepszego niż u Paco, przy aluminiowych stolikach, wystawionych na rozgrzanym parkingu, pod czujnym okiem kotów, które polowały w gąszczu wokół rozbebeszonej areny. Oczywiście, bar Casa Paco też miał być zburzony. Cała patelnia, na której był parking, była przeznaczona na reprezentacyjny skwer. Braciom Paco obiecano nowy szklany pawilonik-budkę. Tam miał przenieść się bar. Czekali na to ze spokojną rezygnacją.


To pewnie mogłaby być dobra historia. Stary bar-ruina, słodka kawa, buldożery z włączonymi silnikami. Pewnie by mogła... Ale cóż poradzę, upał jak wrzący syrop zalewa parking, wszystko grzęźnie w nim po kostki, po kolana, po szyje i przylepia się do rozgrzanych powierzchni.  A zatem: architekt zapomina zaprojektować pawilon na nowy bar, pod areną odnajdują się resztki rzymskiego teatru, prace zostają wstrzymane, nie można kopać dalej, nie można przenieść baru, bracia Paco zostają w ruinie, moja fabuła rozłazi się w szwach i tak zastyga... Czas topnieje. Jest za gorąco, zbyt słodko i lepko, żeby cokolwiek mogło się zmienić. Więc nic się nie zmienia. Wszystko trwa. Gorące i mokre powietrze konserwuje. Tak w Hiszpanii pasteryzuje się opowieści...


poniedziałek, 8 marca 2010

Rozkosze pieczenia cebuli












 Kiedy przyjechaliśmy (a przyjechaliśmy, jak zwykle, spóźnieni) płomienie obejmowały już leżącą na grillu wiązkę cebuli, spopielając długie wąsy i paląc delikatną zewnętrzną skórkę. Grzało słonko, kwitły stokrotki, sąsiad za żywopłotem chrobotał, tnąc jabłonie i było jasne, że właściwie jest już wiosna i naprawdę ostatni moment na calçotadę.

Do tradycyjnej katalońskiej calçotady potrzebne jest ognisko, cebula i przedwiośnie. Cebula musi być młoda, długa, wąsata u dołu, zielona na górze i w ogóle specjalna, owiana śródziemnomorskim wiatrem wschodniej Katalonii. Piecze się ją na ogniu, aż sczernieje z wierzchu i zmięknie w środku, a potem wyciąga za zielone wąsy z węglowej skorupki, macza w sosie z czosnku, pomidorów, orzechów oraz migdałów i pożera, trzymając sobie nad głową. O, tak jak David.

















I już. Koniec filozofii. Wprawdzie, jako sumienny korespondent powinnam jeszcze napisać, że cebula jest słodka, sos kapie, ręce ma się czarne od węgla, po chwili wszyscy są już umorusani, świeci zdradliwe wczesnowiosenne słońce, sąsiad obok tnie jabłonie, kwitną stokrotki, pod nogami plącze się czyjaś ciężarna kocica... Ale czy naprawdę tyle stylistyki potrzeba, żeby powiedzieć, że po prostu... jest wiosna? ;)













PS. And special thanks for this weekend go to Joseta and David ;)

piątek, 22 stycznia 2010

Na straganie w dzień targowy






















Owszem, toczą się rozmowy. Ale niestety nic z nich nie rozumiem, bo toczą się po katalońsku. To znaczy...
- ... ... waży ... duża ...?
- Jeden i ...
- ... duża. ... druga?
- Jeden i ...
- Zgoda.
- ... ...morzem i on...
- ... Hahaha.
- Łup! Hahaha. Łup!
I niemłoda przekupka, z okiem obrysowanym niebieską kreską, z impetem odcina łeb mojemu największemu rybiemu koszmarowi, obślizgłemu, galaretowatemu el rape z paszczą najeżoną kiełkami zębów. Na polski el rape tłumaczy się jako żabnica lub raszpla, w co mogę uwierzyć natychmiast, albo anioł morski, w co nie uwierzę za nic. Łup! Wielki tasak rozłupuje raszpli czaszkę wzdłuż. Łup! Wali wszerz, wyłupując oko. Sprytne nacięcie i zręczne palce zdejmują obślizgłą skórę morskiego anioła jak rękawiczkę. Ość, kręgosłup, ogon, płetwa... Spektakl, od którego trudno się oderwać.
- ... ... chce?
- Nie.
- ... ... euro. Proszę, królowo. ... I do zobaczenia!
Więc królowa zabiera oprawioną raszplę, jakieś porąbane kości, jakieś woreczki z ikrą wyjęte gdzieś ze środka, uśmiecha się serdecznie i idzie uwarzyć z tego potrawę, o której nie mam pojęcia.  Przekupka  zgarnia resztki z wysłużonej deski do krojenia, ostrzy tasak i zwraca się do następnego klienta. Następnym klientem jestem ja i, no cóż, po mnie od razu widać, że nie jestem żadną królową.  Z miejsca wiadomo, że żadne raszple, żadne wnętrzności... Ja jestem, co najwyżej, nena.
- A zatem co dla ciebie, nena?
- Dwie te, o te. Z tych.
- Aha. Bardzo są dobre. Czy pakować ci głowy...?


sobota, 20 czerwca 2009

Fastfood. Historia z dwoma morałami


Pierwszy hiszpański fastfood widzieliśmy w Lorce. Na placyku w centrum miasta rozłożył się wielki namiot, bruk lepił się od rozlanego piwa, grała muzyka i wszędzie walały się śmieci. Przy barze kłębił się tłum. Unurzany w tłuszczu sprzedawca wydawał plastikowe kubki z piwem i winem, plastikowe talerzyki z małżami w sosie czosnkowym lub krążkami panierowanych kalmarów oraz zawinięte w rulon z gazety smażone krewetki. Krzesła także były plastikowe, turystyczne stoliki kolebały się, pod nogami zgrzytały puste muszelki i pancerzyki krewetek... Jedzenie było rewelacyjne. A że każdy szanujący się hiszpański supermarket ma olbrzymią, wyłożoną lodem ladę z tanimi owocami morza, nasza oklejona taśmą a la MacGyver kuchnia stała się poligonem doświadczalnym.
Kalmary wyszły twarde jak gumowa podeszwa. Za to okazało się, że smażenie krewetek poziomem trudności odpowiada robieniu frytek.
Dziesięciominutowy przepis na smażone krewetki
W garnku o grubych ściankach rozgrzej oliwę (jak olej na frytki). Wrzuć kilka całych ząbków czosnku. Kiedy czosnek zbrązowieje, wyjmij go. Wrzuć umyte i osolone krewetki. Smaż aż zrobią się złote. Wyjmij z tłuszczu i odsącz na papierowym ręczniku.

Na drugi ogień poszły almejas, czyli malutkie małże - to one żyją w tych muszelkach, które najczęściej przywozi się z wakacji nad morzem.
Dziesięciominutowy przepis na almejas w sosie czosnkowym, cz. 1

Paczuszkę almejas dokładnie umyj, żeby wypłukać piasek. W garnku rozgrzej oliwę, wrzuć kilka ząbków drobno pokrojonego czosnku. Kiedy czosnek się podsmaży, wlej szklankę najtańszego białego wina, wsyp pietruszkę i wrzuć muszelki...
I tu zaczyna się całkiem nowa historia. Gdy bowiem zamierzyłam się, żeby wrzucić muszelki do wrzącego sosu, jedna, zupełnie niespodziewanie... uchyliła wieczko i wystawiła nóżkę. Czy co tam mają małże. Wystawiła, pomachała i zaraz schowała. No i jakoś tak głupio już było ją zjeść...

Nalaliśmy małżowi wody do szklanki, posoliliśmy, żeby udawała morską, całość ustawiliśmy w zacienionym miejscu. Małż w szklance ponownie wystawił czułki, pokręcił się trochę, obmacał dokładnie szkło. Pomyśleliśmy, że może być głodny, ale wikipedia na pytanie "co jedzą małże" odpowiedziała jedynie, że filtrują wodę z substancji organicznych. Z desperacji wrzuciliśmy do szklanki trochę pokruszonego brokuła.


Wczoraj pojechaliśmy na plażę i wrzuciliśmy naszego małża do morza. Oby miał tam dużo substancji organicznych do filtrowana.

Ta historia ma dwa morały. Jeden jest piękny, a drugi brzydki. Piękny uwzględnia punkt widzenia małża i brzmi: pamiętaj, zawsze walcz aż do końca! Nigdy, przenigdy się nie poddawaj! Brzydki morał dotyczy ludzi i mówi: na podstawie tej historii możesz tłumaczyć dzieciom, co to jest hipokryzja. Bo...

Dziesięciominutowy przepis na almejas w sosie czosnkowym, cz. 2

... resztę muszelek wrzuć do gotującego się sosu. Garnek przykryj. Gotuj aż pod wpływem gorącej pary wszystkie muszelki się otworzą. Podawaj z chlebem i resztą taniego białego wina.
Smacznego!

niedziela, 15 lutego 2009

Żarłacze

Żarłacz błękitny. Smukły, o długim wyciągniętym pysku, osiąga długość do czterech metrów. Oczy owalne, pięć szczelin skrzelowych, brak tryskawek. Zęby duże, trójkątne, o pikowanych brzegach. Występuje we wszystkich ciepłych morzach na kuli ziemskiej. Aktywny głównie nocą. Gatunek szczególnie agresywny, zdarza się, że atakuje kąpiących się lub nurkujących ludzi.
Zjedliśmy go. Wczoraj. Na obiad.
A dowiedzieliśmy się o tym dzisiaj. Tak to jest, jak się chodzi do sklepu bez słownika...!