Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barcelona. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 grudnia 2010

Wszyscy wiedzą, że przejechał go tramwaj


Podobno Pedrera istnieje naprawdę. Gdzieś o tym czytałam, nie pamiętam gdzie. Była tam nazwa - jakiegoś kamieniołomu, jakichś pofałdowanych skał, jakiegoś miejsca gdzieś w Katalonii, które miało swoją nazwę i zdaje się, że jeździł tamtędy pociąg. W każdym razie tego dnia, wcześnie rano, na szczycie dachu nawet TA Pedrera nie wyglądała realnie. Słońce rozświetlało smog, wiał ciepły wiatr i nie było prawie nikogo, tylko kilku ludzi ze statywami uprzejmie wychodziło sobie z kadrów. Ekipa wspinaczy zwisała na linach i naprawiała okna. Więcej nie napiszę. Za dużo jest książek o Barcelonie i wszyscy wiedzą, że przejechał go tramwaj. Pozwólcie, zostawiam Was samych z potworami...



środa, 24 listopada 2010

Było sobie życie



Idziemy przez trzewia potwora, wzdłuż kolców kręgosłupa. Pniemy się wzwyż, wśród innych pasożytów. Wyglądamy dziurami oczu... Biegniemy pustymi żyłami. Kości. Ości. Łuski. Geometria żeber, labirynty jelit. Przemierzamy wytrawione od środka, wyschłe truchło smoka. My - małe zwierzątka, robaki, bakterie, skośnookie wirusy. Z maszynkami w dłoniach kręcimy się bez celu. Mrówki. Najpiękniej było w zwapnionych skrzelach. Biało. Sucho. Gdyby nie szum rozmów, pewnie byłoby słychać rzężenie.



Mówią (maszynka mówi), że tak modelował klamki: brał kawałek gliny i ugniatał go, by najlepiej przylegał do dłoni. Jeśli to prawda, to palce miał koślawe. Łapię uchwyt (dotknij, przekonaj się, prowokuje maszynka), ale nierówna powierzchnia nie chce leżeć w dłoni; ani tym ciągnąć, ani pchać. Może był leworęczny? Maszynka nie wie. Więc może jednak nie dla nas ta architektura trzewi...? A jeśli nie dla nas, dla kogo?




Pniemy się wyżej, śledziona, obły wór żołądka, rurkowata tchawica. Czaszki. Wszędzie czaszki. Piszczele. Ścięgna. Mdłe światło zza błon. Formy obłe, zmiękczone. Już nadtrawionych wchłania nas architektura smoczej anatomii. Pędźmy ku górze, ku światłu! Na dach.

PS. Benedykt konsekrował Sagradę Familię. Przy okazji El Mundo skomentował, że papież wydaje się być bardziej "prokataloński" niż "progalicyjski": całą pierwszą część mszy w Barcelonie, od pieśni na wejście przez czytania, Credo i litanie, aż po poświęcenie ołtarza odprawiono po katalońsku. Tymczasem w Santiago de Compostela gallego użyto wyłącznie podczas pierwszego czytania i modlitwy wiernych.

czwartek, 28 maja 2009

¡Visca el Barca! ¡Campeones!



A po meczu wszyscy poszli pod łódź podwodną (w 1888 r. Isaac Peral wymyślił w Cartagenie pierwszą łódź podwodną) palić race, wrzeszczeć i uprawiać corridę z trąbiącymi stadionowe przyśpiewki samochodami.


I niewiele wskazuje na to, że te samochody przestaną dzisiaj trąbić. Chociaż, tak naprawdę, Cartagena jest raczej za Realem...

środa, 6 maja 2009

¡Viva Barca!

La Verdad o Iniescie: Don Andres Zbawiciel.
El Pais o jego golu: niebiański.
Sąsiadka z bloku obok wyszła na balkon i wrzeszczy: ¡Viva Barca!
¡Viva! ¡Viva!

czwartek, 22 stycznia 2009

Złote niedzielne popołudnie


     

Przed wejściem do Parku Güell, na drewnianym postumencie, stał Człowiek-Jaszczur-z-Mozaiki i ochryple zachęcał Japończyków, żeby się z nim fotografowali. Kilka kroków dalej, za bramą, prawdziwy jaszczur przeżywał oblężenie. Ktoś, leniwie leżąc na mozaikowej ławeczce, grał smutno na trąbce. Poziom niżej, między kolumnami, siedział gitarzysta klasyczny. Studenci sztuk wszelakich, płci obojga, za to wszyscy z dredami na głowie, handlowali kolczykami z filcu, drutu i kordonka.
Na szczycie wzgórza, pod krzyżem, podstarzały hipis w hawajskiej koszuli i wielkich bialych okularach, wywrzaskiwał swoje protest-songi. Obok, w kamiennej wnęce, długowłosy chłopak z przejęciem czytał dziewczynie z kolczykami wszędzie jakąś ideologiczną książkę. Dziewczyna patrzyła na panoramę Barcelony, którą mąciło zawieszone na dachu pobliskiego squatu prześcieradło z napisem "Stop genocide in Palestina" i "We know your kapitalist paradise". Nic nie rozumiejący Japończycy robili zdjęcia.
A Katalończycy, nie zwracając uwagi na całe zamieszanie, spokojnie wypoczywali na słońcu w to piękne niedzielne popołudnie.
I było tak jakoś... krakowsko?

wtorek, 20 stycznia 2009

Czytając Dukaja w Barcelonie



A Sagradę Familię wciąż budują...
Już jest ogromna. Osiem gotowych wież kłuje niebo, a nad nimi nadal wiszą chude żółte dźwigi. Wieża Chrystusa, która zwieńczy kościół ma być jeszcze o 70 metrów wyższa. Sagrada wciąż rośnie. Wypuszcza pędy kolumn, puchnie betonem, oblepiona kokonem rusztowań, pączkuje kulami mozaik. Gaudi, zanim wpadł pod tramwaj, zaprojektował ją tak, by każde pokolenie budowniczych dodawało do niej jakąś zwartą całość. Jego własna jest fasada Bożego Narodzenia.
Ale w niedzielne poranki budowniczych nie ma. Zostały po nich porzucone dźwigi i gruby kożuch prętów zbrojeniowych, więc wydaje się, że Sagrada - pod nim - buduje się sama. Oblazły ją wprawdzie mrówki turystów, ale jest za dużym drzewem, by miało to jej przeszkadzać.
Kiedy wreszcie będzie gotowa? Gotycką katedrę w Barcelonie budowano 152 lata. Sagrada ma już 127. Finału prac nie widać. Jaka będzie? Do końca nie wiadomo. Detale kościoła nie są powtarzalne. Oryginalne plany i modele Gaudiego zniszczyli anarchiści podczas wojny domowej. Nad ich odtworzeniem głowią się komputery. Teksty i rysunki, zdjęcia i skany gotowych elementów wprowadza się do pamięci maszyn, analizuje, bada, szuka korelacji. Z wynikami uzgadnia się nowe plany. Tak rośnie Sagrada. "To nie jest budynek, to rzeźba" - można by powtórzyć za Dukajem. - "Ale też i nie rzeźba".

poniedziałek, 19 stycznia 2009

Być tłumem

Pierwszy był ojciec z córą. Córa miała naście lat i koszulkę, ojciec - szalik. Obok pojawił się dziadek. Zagadał dziewczynę, fachowym okiem obrzucił piszczałki, które nieśli przechodzący chłopcy.
- Za moich czasów... - powiedział. - Ale, co sądzisz, córcia, o tym Messim?
Potem, nagle, byliśmy już tłumem. A tłum szedł. Wypełnił metro, zgęstniał i lekceważąc chodniki rozlał się wprost na ulice. Byliśmy tłumem, a tłum był prawem. Nic nie mogło go zatrzymać. Szedł - w jedną stronę, rozbijając się o naroża budynków, rozdzielając na strumienie i odnogi. Aż doszedł. I zalał dziewięćdziesiąt parę tysięcy czerwonych, plastikowych krzesełek największego stadionu Europy. Na Camp Nou Barcelona grała z Deportivo.



Do przerwy było trzy zero. Tłum szalał, krzyczał, śpiewał, grał na bębnie i fujarkach. Rzucał pod nogi łupki od orzeszków. Czasem buczał. Dzieci tańczyły. Emeryci chwytali się za serce i zasłaniali twarze. Ktoś ssał kciuk. Ktoś bił pokłony Messiemu. Cztery czternastolatki spodobały się chłopcu od przynoszenia piłek, więc ukradł dla nich rękawice Valdeza. W przerwie wszyscy rzucili się na hotdogi i odwijane ze sreberka kanapki. A po przerwie były jeszcze dwa gole i potężna fala, która kilkakrotnie obiegła dziewięćdziesiąt parę tysięcy miejsc stadionu. Tłum krzyczał. A my byliśmy tłumem.

  

Bilans wieczoru: veni, vidi, nasi wygrali pięć do zera. A przy okazji okazało się, że nie mam instynktu fotoreportera sportowego: ilekroć sytuacja robi się podbramkowa, zamieram z aparatem w ręce, zamiast przy oku. Więc musicie mi uwierzyć na słowo.