Internet wie wszystko, lecz jest to wiedza maszyny: łacina i liczby. To, czego szukałam, w sieci nie istniało. Można było ze sporym prawdopodobieństwem wnioskować, że wobec tego rzecz ta nie istnieje w ogóle (zwłaszcza, że w internecie istnieje przecież także to, co nie istnieje). Była jednak nazwa, w dodatku długa: trzynaście liter. Nazwa niosła nadzieję. Wasz korespondent, jak przystało na człowieka, który żyje z tego, co napisane, nie mógł przecież pozwolić sobie na luksus niewiary w słowa.
Trzynaście liter: transhumancja. Internet znał ten wyraz. Oznaczał formę pasterstwa, polegającą na sezonowym przepędzaniu owiec i bydła z pastwisk letnich na zimowe i odwrotnie. Hiszpania z jej pustkowiami wydawała się stworzona do przepędzania i rzeczywiście - sieć, zapytana o słowa "transhumancia + España", informowała o unijnych programach wspierania tradycyjnych form wypasu i mapie odtworzonych szlaków wędrówki stad. Szlaki liczyły sobie setki lat, a błękitne, lekko falujące linie biegły z północy na południe, niemal ocierając się o Miasto Noży i przecinając kropki, oznaczające wioski i mniejsze miasteczka. Przemarsz stada - pisano - był w tych miejscach wyczekiwany; zwierzęta pędzono przez sam środek rynku, a ludzie, wśród brzęku dzwonków, zapachu nawozu i porykiwania setek gardzieli, robili sobie fiestę. Wasz korespondent natychmiast zamarzył, żeby to zobaczyć.
Lecz to, o czym zamarzył wasz korespondent - internetowy rozkład jazdy stada owiec - w sieci nie istniało. Można było nadaremnie przeszukiwać wymarłe strony www wsi i małych miasteczek; zostawało się z niczym. Nigdy nie udało nam się odnaleźć żadnej wiejskiej fiesty z okazji transhumancji i wasz korespondent z przerażeniem zdał sobie sprawę, że istnieje coś, co ma nazwę, lecz nie istnieje i że tym czymś jest rzecz bardzo powszechna w Hiszpanii.
Pustka.


