W Muzeum Guggenheima w Bilbao, w tym budynku, który powstał, bo jego projektant jednym ruchem nabazgrał na serwetce plątaninę linii, na ścianie wisiała kupa słonia. Tkwiła w samym środku wielobarwnej mandali: duża, starannie ulepiona brązowa kula. Artysta, którego nazwiska nie zanotowałam, musiał ją jakoś wypreparować, bo nie cuchnęła - właściwie, jeśli nie przeczytało się opisu na małej karteczce, umieszczonej z boku, trudno było poznać na co się patrzy. Sądzę zresztą, że wiele osób nie poznało, bo nachylali się nad kupą z wielką ciekawością, śledząc jej fakturę i odcienie.
Poza słoniowym łajnem muzeum miało jeszcze wiele innych atrakcji. W osobnej sali jakiś nowoczesny rzeźbiarz ustawił to, co zebrał wokół remontowanych biurowców. Pogięte żaluzje i wiaderka z cementem tkwiły na podłodze w dziwacznych konfiguracjach - opis wyjaśniał, że artysta fotografował znaleziska, by potem pieczołowicie odtworzyć położenie poszczególnych śmieci. W innym pomieszczeniu spod otwartej maski cadillaca na posadzkę wylewały się potworne czerwone macki. Jeszcze gdzie indziej wielkim plastikowym zabawkom można było wsadzić widelec w oko lub inną część ciała. Wszystko to miało coś wspólnego z przemijaniem, cyklem życia, zniszczeniem i odnową, płodnością i śmiercią - tak przynajmniej zapewniał oficjalny folder. Zabrałam go nawet na pamiątkę, bo wiedziałam, że nigdy nie uda mi się napisać czegoś takiego jak: "życie jako świetlisty interwał podczas którego dekompozycja i rokład są niezbędnymi warunkami kreacji i odmowy", albo "ekspansywna eksploracja koegzystencji nadziei i rozpaczy w ludzkiej egzystencji", a te zdania wydawały się niezbędne, by dobrze zrozumieć to, na co patrzyliśmy.
Chodziliśmy więc po różnych salach, oglądając rozkład, kreację, nadzieję i rozpacz, oraz mandale z łajna słonia, aż znudziło nam się i poszliśmy pobawić się w stalowych spiralach Serry. Tam przynajmniej nie było żadnej dekompozycji, ani żadnej kupy. Tylko czas i rdza.














