Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka nowoczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sztuka nowoczesna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 września 2012

Bilbao. Kupa słonia


W Muzeum Guggenheima w Bilbao, w tym budynku, który powstał, bo jego projektant jednym ruchem nabazgrał na serwetce plątaninę linii, na ścianie wisiała kupa słonia. Tkwiła w samym środku wielobarwnej mandali: duża, starannie ulepiona brązowa kula. Artysta, którego nazwiska nie zanotowałam, musiał ją jakoś wypreparować, bo nie cuchnęła - właściwie, jeśli nie przeczytało się opisu na małej karteczce, umieszczonej z boku, trudno było poznać na co się patrzy. Sądzę zresztą, że wiele osób nie poznało, bo nachylali się nad kupą z wielką ciekawością, śledząc jej fakturę i odcienie.


 Poza słoniowym łajnem muzeum miało jeszcze wiele innych atrakcji. W osobnej sali jakiś nowoczesny rzeźbiarz ustawił to, co zebrał wokół remontowanych biurowców. Pogięte żaluzje i wiaderka z cementem tkwiły na podłodze w dziwacznych konfiguracjach - opis wyjaśniał, że artysta fotografował znaleziska, by potem pieczołowicie odtworzyć położenie poszczególnych śmieci. W innym pomieszczeniu spod otwartej maski cadillaca na posadzkę wylewały się potworne czerwone macki. Jeszcze gdzie indziej wielkim plastikowym zabawkom można było wsadzić widelec w oko lub inną część ciała. Wszystko to miało coś wspólnego z przemijaniem, cyklem życia, zniszczeniem i odnową, płodnością i śmiercią - tak przynajmniej zapewniał oficjalny folder. Zabrałam go nawet na pamiątkę, bo wiedziałam, że nigdy nie uda mi się napisać czegoś takiego jak: "życie jako świetlisty interwał podczas którego dekompozycja i rokład są niezbędnymi warunkami kreacji i odmowy", albo "ekspansywna eksploracja koegzystencji nadziei i rozpaczy w ludzkiej egzystencji", a te zdania wydawały się niezbędne, by dobrze zrozumieć to, na co patrzyliśmy.


Chodziliśmy więc po różnych salach, oglądając rozkład, kreację, nadzieję i rozpacz, oraz mandale z łajna słonia, aż znudziło nam się i poszliśmy pobawić się w stalowych spiralach Serry. Tam przynajmniej nie było żadnej dekompozycji, ani żadnej kupy. Tylko czas i rdza.


poniedziałek, 1 marca 2010

Eksponat ostateczny















Jeśli to prawda, to było to największe świństwo XX wieku. Ale nie wiem, czy to prawda. Większość biografów nic o tym nie wspomina. W muzeach cisza. Więc może to tylko plotka? Cóż, w takim razie opowiem Wam plotkę o największym świństwie XX wieku.

Kiedy zmarła jego ukochana Gala, Salvador Dali kazał pochować ją w Púbol, w krypcie zamku, który dla niej kupił. Podobno, kazał zostawić w bocznej ścianie sarkofagu otwór. Nieduży. Taki na dłoń. Podobno wierzył, że będzie wiedział, kiedy umrze. I że wtedy zejdzie do krypty, położy się obok Gali i weźmie ją za rękę.

W Púbol, w krypcie zamku, stoi podwójny sarkofag. W jednej z komór spoczywa Gala. Strzegą jej wielkie gipsowe konie szachowe i dyskretnie wycofana żyrafa. Ale Dalego tu nie ma.















Kiedy zmarła jego ukochana Gala, Dali zamieszkał w Púbol. W zamku wybuchł pożar. Poparzonego malarza przyjaciele przenieśli do Figueres, do posiadłości, w której stworzył swój Teatr-Muzeum. Teatr-Muzeum to coś pomiędzy wystawą sztuki współczesnej a lunaparkiem. Na dachu stoją tam wielkie złote jaja, w gablocie wisi odcisk pośladków, a dziedzińcu parkuje Deszczowa Taksówka. W podziemiu, pod tym wszystkim, nastrojowy promień sztucznego światła oświetla nagrobną tablicę Dalego.

Podobno, nocą, kiedy malarz zmarł, do Teatru-Muzeum przybył burmistrz Figueres. Podobno burmistrz wezwał ludzi z łopatami. Podobno kazał im cichaczem wykopać grób w podziemiu. Podobno wierzył, że w interesie miasta byłoby mieć taki grób. Grób artysty w muzeum, które sam zaprojektował. Coś w rodzaju eksponatu ostatecznego.

Jeśli to prawda, to moim zdaniem było to największe świństwo XX wieku.



wtorek, 10 listopada 2009

Chodząc bez chodzenia


- Czekaj, stań na strzałce. Patrz w tamtą stronę. I co, widzisz?
- Jakieś kreski.
- Posuń się. Nooo dobra, faktycznie coś jest. Co tam napisali na tej kartce?
- Chodziarz chodzący bez chodzenia.
- Co?
- Numer osiem. Walker walking without walking. Chodziarz chodzący bez chodzenia.
- Aha. Nie, no, jasssne. Zobacz, tu ma głowę. Fajnie, nie? Co tam następne?
- Numer dziewięć. Wznoszą się w linii bez dotykania ziemi.
- Tam? Yhy. No, może. A tamto?
- Dwanaście. Czerwony gigant.
- Nie wygląda. Nawet nie jest czerwony... Nie pomyliłeś czegoś? Pokaż tą kartkę...
*
...jeden z najcenniejszych skarbów Urdaibai (będącej od 1984 r. rezerwatem biosfery pod patronatem UNESCO) znajduje się w dolinach Basondo i Oma, w Kortezubi, w samym sercu prowincji Vizcaya, u stóp wzgórza Ereñozar. Aby go odnaleźć trzeba wyjechać z Guerniki w stronę Elantxobe i po pięciu kilometrach zostawić samochód przy restauracji Lezika w Basondo. Podążając pieszo za znakami, po półgodzinnym spacerze, znajdziemy się w sosnowym Zaczarowanym Lesie Oma.
Zaczarowany Las Oma to jedno z najbardziej znanych dzieł baskijskiego artysty Agustína Ibarroli. Jest przykładem tzw. "sztuki krajobrazu". Nurt ten po raz pierwszy pojawił się w latach 60. Jego przedstawiciele pragnęli uczynić z pejzażu immanentny fragment dzieła sztuki - sprawić, by był jednocześnie częścią składową, ramami i środkiem ekspresji. W rezerwacie Urdaibai Agustíno Ibarrola namalował na pniach sosen 45 figur: ludzi, zwierząt, geometrycznych symboli. Żeby dostrzec niektóre z nich trzeba pod odpowiednim kątem spojrzeć na grupę kilku, oddalonych od siebie drzew...
*
- A to jest Różowa dziewczynka...
- Oczywiście. Szkoda tylko, że niebieska.
- Rzeczywiście. Ale zobacz, tam jest coś różowego.
- Tam jest już numer 22. A 22 to powinny być Dzieci, nie Różowa Dziewczynka.
- No, to nie wiem, może to taka metafora?
- Metafora czego?
- Nie mam pojęcia. Mówisz, że tamto to są Dzieci?
- Tak. I jeszcze gdzieś tu powinna być Para w błękicie i czerwieni.
- A gigant?
- Nie wiem, giganta chyba w ogóle nie było. Może te numerki są pomylone? Czekaj, ta kobieta ma jakąś inną kartkę... Przepraszam, czy widziała pani Czerwonego giganta?
- Och, państwo też go szukają? Nie, nie widziałam. Ale to jest chyba Utopiony syn wiedźmy, prawda?
- Według naszej kartki to jest Różowa Dziewczynka.
- Różowa Dziewczynka? Niebieska? Mogę zobaczyć tę kartkę? No, rzeczywiście. Dziwne, ja mam wersję baskijską i u mnie to jest Utopiony syn wiedźmy... A co państwo mają pod numerem 22? Dzieci? U mnie Dzieci to jest 19. A 22 to Różowa Dziewczynka. Ciekawe, trzeba by znaleźć kogoś, kto ma ulotkę po hiszpańsku, może wszystko by się wyjaśniło...
- Dzień dobry państwu, to chyba są Motocykliści, prawda...?
*
...W Zaczarowanym Lesie Oma, niczym w wielkim kalejdoskopie, widok zmienia się z każdym krokiem, obrazy nabierają nowych sensów i znaczeń, a odbiorca staje się jednocześnie współautorem i bohaterem tego niezwykłego dzieła sztuki. Nie bój się swobodnie zanurzyć w Lesie i, igrając z perspektywą, na własną rękę odkrywać jego niezwykłe tajemnice...
W 2000 r. Zaczarowany Las został zdewastowany. Na pniach drzew ktoś napisał sprayem: "Ibarrola to Hiszpan. Niech ETA go zabije". Podobno zrobili to baskijscy separatyści.
Może też mieli złą kartkę...?

wtorek, 2 czerwca 2009

Weekend w piekle


Pionek na e4. Pionek na e5.
Pod szklaną kopułą Kryształowego Pałacu swobodnie unosił się wielki wypchany miś panda.
Czy mówiłam już, że nie rozumiem sztuki współczesnej?
Madryt jest bardzo gorący o tej porze roku. Gorący i ogromny. Szczelnie zamknięty wysokimi budynkami Plaza Mayor przypomina olbrzymią skwierczącą patelnię. Zapuszczają się na nią wyłącznie szaleni turyści; doświadczeni kolekcjonerzy monet i filateliści przezornie trzymają się chłodnych podcieni i oaz knajp. Podobno rok w Madrycie dzieli się na trzy miesiące zimy (invierno) i dziewięć miesięcy piekła (inferno). Wszystko wskazuje na to, że sezon piekła już się rozpoczął.
Wymyśliliśmy sobie, że zobaczymy Lucyfera.
Skoczek na f3, skoczek na c6.
Przy ulicy Alcala, na chodniku, łysy mężczyzna w białym garniturze i czarnych butach przyklęknął przy klapie od kanalizacji. Klapa była kwadratowa, żelazo wytrawiono w regularną kratkę. Łysy mężczyzna wyjął z kieszeni szachowe figurki, sprawnie rozstawił je na klapie, bez wahania wykonał kilka ruchów.
Goniec na b5.
Wszystkie figury były czarne. Młody chłopak z wielkim aparatem prawie położył się na chodniku koło mężczyzny i zrobił mu kilka zdjęć.
- On jest szachistą - powiedział z zakłopotaniem. - Rozgrywa partię hiszpańską, słynne otwarcie wymyślone przez XVI-wiecznego madryckiego księdza.
- Aha. Ale czemu gra na chodniku?
Łysy szachista, nie podnosząc głowy, zajrzał na czarną kartkę i poprawił coś na klapie od kanalizacji.
- To artysta. Przechodził tędy kiedyś i zobaczył, że ta płyta jest podzielona osiem na osiem, jak szachownica, całkiem przypadkiem - nieśmiało tłumaczył fotograf. - Do tego nazwa ulicy i ten budynek...To bardzo symboliczne.
- Aha. Ale czemu gra tylko czarnymi?
- To bardzo symboliczne - powiedział młody fotograf. - I wcale mu nie przeszkadza, że są tylko czarne.
Na klapie od kanalizacji czarny goniec groził właśnie czarnemu skoczkowi, który z kolei bronił czarnego pionka atakowanego przez innego czarnego skoczka. Łysy szachista w skupieniu analizował sytuację. Być może myślał o roszadzie.
- Więc to taki performance, tak? Nowoczesna sztuka?
- Coś w tym stylu - na dobre zawstydził się fotograf. - To bardzo symboliczne...
Mocne słońce lśniło w łysinie szachisty, dłoń zawisła nad klapą od kanalizacji. Wyraźnie się wahał: wycofać się, czy wymienić czarnego gońca na czarnego skoczka...?
Ruszyliśmy w dół ulicy, minęliśmy fontannę Cibeles i zagłębiliśmy się w Park Retiro. W cieniu drzew było nieco chłodniej. Japońscy turyści fotografowali się z nowoczesnymi rzeźbami. Ktoś, skryty wśród listowia, grał na tybetańskich trombitach. Diabelskie twarze pod pomnikiem Upadłego Anioła wypluwały z siebie strumienie zimnej wody. Lucyfer wrzeszczał coś w oślepiająco błękitne niebo i osłaniał oczy przed trudnym do zniesienia blaskiem słońca. 
A pod szklaną kopułą Kryształowego Pałacu, w towarzystwie pluszowego burego szczura wielkości człowieka, fruwał olbrzymi, wypchany miś panda.
Czy mówiłam już, że nie rozumiem sztuki współczesnej?
Szach i mat.

środa, 17 grudnia 2008

Malaga. Muzy łysego dziadka



Do Malagi dotarliśmy wieczorem. Trwała fiesta i nie było ani jednego miejsca do zaparkowania. Skończyliśmy na krytym parkingu za 18 euro, gdzie nasz samochód zmieścił się na pochylni między bramą wjazdową a automyjnią...
W Maladze urodził się Pablo Picasso. Zamiast, jak przystało na artystę, umrzeć młodo i w biedzie, łysy jak kolano dziadek w pasiastej koszulce żył długo, bogato i z najpiękniejszymi kobietami. Malował je na obrazach, które wiszą dziś w malagijskim muzeum. Olga, ukraińska baletnica, niczym niezgrabnie wykuta w kamieniu, trzyma dziecko monstrualnie opuchniętymi rękami. 50-letni Picasso zdradzi ją z 17-letnią Francuzką, Marie-Therese. Dora, fotografka i malarka o urodzie smutnego wampa, jedno oko ma okrągłe, drugie trójkątne, nos sterczy jej do góry, a uszy - to dwie ósemki. Francoise, matka najmłodszych dzieci Picassa, jest chuda, fioletowa, ma czerwone kule zamiast piersi, a z głowy pączkują jej zielone włosy. Jacqueline, ostatnia kochanka, została wyrzeźbiona w kawałku blachy kilkoma ruchami kombinerek...
Tak widział swoje muzy wesoły, łysy dziadek, który dla potomnych narysował też własne oczy. Spoglądają ze ściany niby z niedokończonego komiksu.


A muzy można zobaczyć tu: www.museopicassomalaga.org