Po Mesecie jedzie się jak po stole: równo, gładko, wysoko. Kiedy za Walencją skręca się na zachód, znad morza ku górom, ciężko to sobie wyobrazić. Droga wije się wzwyż, jak po stołowej nodze, a kiedy dociera się na szczyt, zamiast stoku w dół, naraz otwiera się wielka płaskość, równina - blat - nad którym pędzą chmury. Erica (pamiętacie Ericę?), krnąbrny duch naszego gps-a, mówi, że ten blat znajduje się na wysokości 600 m n.p.m.
Hiszpanie nazywają blat llanura. Czuwa nad nim Virgen de los Llanos, Dziewica Płaszczyzn. W Albacete - i podobno nigdzie indziej - chrzci się na jej cześć bary, sklepy i dziewczynki imieniem Llanos, którego wasz korespondent nie podejmuje się tłumaczyć, raczej nie.
Na stole je się; tłusto, mięśnie, zawiesiście. Smaży się sery i świńskie ogony. Z dzikie króliki, które ryją w llanurze tysiące nor, pakuje się do gazpacho manchego. Gazpacho jest ciepłe i gęste od rozmiękłej pszennej torty, którą z początku łatwo wziąć za bardzo, ale to bardzo rozgotowany makaron.
Zresztą dania Mesety (która sama ma w sobie stół) przypominają ją nieco. Jest jakiś związek, odbicie. Wszechzmieszane potrawki, gulasze, pół zupy-pół mięsa, bure, brązowe, czerwonawe jak ziemia. A kiedy na stół spada śnieg (a spada) robi się atascaburras: tłucze ziemniaki z dorszem i czosnkiem. Maź wydaje pod tłuczkiem odgłos kopyt osła, uwięzionego w błocie, zaś wygląda - wygląda jak przedwiosenna Meseta, żółta i lekko falująca, posypana kamieniami z piniowych orzeszków, polana oliwą słońca. Taki tu pejzaż na talerzu, na stole, na Blacie...






