- Za. Kilometr. Skręć w prawo - powiedziała Erica. - Dwadzieścia. Trzy. Kilometry. Do celu.
Drogowskaz obwieścił zjazd z autostrady. Nazwy miast brzmiały obco, ale ominęliśmy już Barcelonę i miejsce wydawało się właściwe.
- Za. Sto metrów. Skręć w prawo - powtórzyła Erica.
Ustawiliśmy się na pasie do zjazdu.
- Swoją drogą to ciekawe, że w hiszpańskim przewodniku po Katalonii nie ma słowa o tym El Puig... A w tym stary, który przywieźliśmy z Polski, tym po całej Hiszpanii, jest cały podrozdzialik.
- Pytałem nawet Katalończyków o te szczury, ale mówią, że nic nie słyszeli.
- Dziwne. Zwłaszcza, że tu piszą, że w tym miasteczku jest jakiś super słynny klasztor i coś tam jeszcze...
- Na rondzie lekko w lewo - odezwała się Erica. - Trzeci. Zjazd.
- ...ale to El Puig z przewodnika chyba nie jest tym naszym El Puig. Nie ma słowa o fieście. A poza tym leży 15 km od Walencji.
- Od Walencji? To jest jeszcze jakieś 300 km stąd.
- Dziesięć. Kilometrów. Do celu - oznajmiła Erica. - Za. Sto. Metrów. Skręć w prawo.
- A skąd ty właściwie wiesz, że to jest tutaj? Te szczury?
- No, jak to skąd? Z googli. Wrzuciłam El Puig w google maps. Wyskoczyło tylko jedno. W atlasie nie ma, bo to chyba bardzo mała wiocha. A Erica skąd wie?
- Sama znalazła.
- No, to przynajmniej mamy dwa niezależne źródła informacji...
- Za. Czterdzieści. Metrów. Skręć w lewo. Pięć. Kilometrów. Do celu - powiedziała Erica.
- Tu mam skręcać...? W tą ziemną...?
- Jedź, może znowu ma jakiś skrót.
- Za. Sto. Metrów. Skręć w lewo.
- Tutaj...?
Do rzeki nie wjechaliśmy (do Walencji też nie). Ale odtąd już wierzę we wszystkie opowieści o kierowcach tirów, wpadających do jezior i inne kawały o GPS-ach. Zaś obrzucanie tłumu szczurami obejrzeliśmy sobie - o, dzieci internetu - na YouTube. Czego i Państwu życzę:
PS. A el puig, znaczy po katalońsku "pagórek".


