Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą baśń. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2012

Sewilla. ...i barbarzyńcy.


Lipiec, który opiekował się nami przez cały nasz sewilski lipiec, podarował mi tę książkę i zawsze dbał o to, żeby mieć dla mnie jakąś anegdotę, jak ta o ludziach z nazwiskiem Japon, albo skąd się wzięła nazwa tapa. W zamian opowiadałam mu, jak szukałam Skamieniałego Człowieka albo głowy króla Pedro, co nocą na ulicy zabił narzeczonego kobiety, którą chciał uwieść. Natłok sewilskich legend odrobinę mieszał mi w głowie i mówiłam Lipcowi, że to jest chyba trochę za dużo - ten Herkules, i ten Cezar, i to całe p.n.e. - tak na serio, na wierzchu, tuż pod brukiem, w twojej własnej piwnicy w bloku.
- Jak to? - pytał Lipiec z niedowierzaniem. - To u was nie było Rzymu?

Nie, tłumaczyłam, nie było, do nas nie doszli, zatrzymali się w Lesie Teutońskim, a to było gdzieś w Niemczech, daliśmy im łupnia, zdaje się, no, w każdym razie nie przeszli.
- Więc jesteście barbarzyńcami! - wołał Lipiec z pewnym zachwytem i pewną wyższością, a ja myślałam, że właściwie to najwyraźniej tak, chyba jesteśmy, a przynajmniej tak musi to wyglądać z perspektywy tego kraju o dziwnej historii, kraju, który miał Rzym, ale za to nie miał drugiej wojny światowej, prawda, jakie to dziwne?

- A Czyngis Chan? Czyngis Chan do was doszedł? - drążył Lipiec.
- Nie - odpowiadałam, teraz już z pełną świadomością, że oto lepię naszą przeszłość jak glinę - nie, on też do nas nie dotarł, to znaczy próbował, ale jemu to już na pewno daliśmy łupnia, tak, tak, połamał zęby, to dzięki nam nie doszedł i do was, to my go zatrzymaliśmy, gdyby nie my, mówilibyście dziś po mongolsku, może i jesteśmy barbarzyńcami, ale także  przedmurzem chrześcijaństwa!

Tak się chełpiłam przed Lipcem. I musiało to brzmieć dość niewiarygodnie, bo patrzył na mnie z ciekawością i niedowierzaniem, aż mnie samej, gdzieś w środku zaczynało się robić dziwnie i nie byłam już pewna, czy mówię mu prawdę, czy zmyślam. Wzruszałam więc ramionami i chodziłam dalej po Sewilli, szukając skarbów, duchów i obciętych głów.

poniedziałek, 1 października 2012

Sewilla. Skamieniały Człowiek i barbarzyńcy


Skamieniały Człowiek tkwił do połowy ud połatanym chodniku, ledwie mieszcząc się w swojej niszy, wykutej w ścianie burego bloku. To była taka właśnie uliczka: wąska, bura, odrapana, ściśnięta wysokimi ścianami brzydkich nowych kamienic. Taka uliczka, która w ogóle nie nadaje się na legendę.

Legenda mówiła, że Człowiek, zanim skamieniał, pił nocą w pobliskim barze. Nagle usłyszał dzwonek - jakiś ksiądz szedł do umierającego z Najświętszym Sakramentem. Trzeba było uklęknąć; Człowiek nie zrobił tego, co więcej - rzucił jakiś komentarz, coś, co miało być brawurowe i zabawne, lecz nadmiar wypitego wina odebrał temu polot. Później, kiedy już skamieniał i wytrzeźwiał, utkwiony na wieki w chodniku, Człowiek bezskutecznie próbował przypomnieć sobie, co to było - pewnie coś o zginaniu (niezginaniu) kolan, sztywnym karku i że prędzej mu kaktus... No i o kamieniu. Musiało być coś o kamieniu, bo kiedy już okazało się, że było to bluźnierstwo i że zostało ukarane, Skamieniały Człowiek - teraz trzeźwy i skamieniały - stał się tym, co sobie wybluźnił. Na zawsze miał już tkwić po uda zanurzony w połatanym chodniku, wciśnięty w ścianę coraz to nowocześniejszego bloku na tej brudnej, bocznej, zupełnie nieromantycznej uliczce, gdzie - nie bez trudu - odszukał go wasz korespondent.


Tę książkę podarował mi Lipiec. Lipiec - który opiekował się nami przez cały nasz sewilski lipiec - wiedział, że piszę bloga i dlatego zawsze starał się mieć dla mnie jakąś anegdotę, jak ta o ludziach z nazwiskiem Japon. Dbał też, żebyśmy spróbowali manteca colorada, barwionego papryką smalcu, choć żadne z nas - jego samego nie wyłączając - nie przepadało za smarowaniem chleba wieprzowym tłuszczem. Z podobnych powodów wystarał się o książkę specjalnie dla mnie. Miała tytuł "Tradiciones y Leyendas Sevillanas". W środku było zdjęcie wąsatego autora z muchą pod brodą i bogaty zestaw opowieści o skarbach, uciętych głowach, okrutnych królach i boskich karach dla ludzi, którzy nie klękają przed Najświętszym Sakramentem. Były tam także dokładne opisy miejsc, gdzie wydarzyły się wszystkie te cuda i chodziłam potem po Sewilli szukając ich.



A one naprawdę tam były. Skamieniały Człowiek - który tak naprawdę był niegdyś posągiem w rzymskiej łaźni - stał po uda w brzydkim chodniku, opakowany w bury blok. Blok nie wyglądał jakby mógł być siedliskiem jakiejkolkwiek legendy, lecz najwyraźniej stał na antycznych fundamentach i mogłam sobie wyobrażać, że schodząc do piwnicy po ziemniaki mija się osnute pajęczynami kamienne kapitele, co samo w sobie było dość cudowne. Z wdzięczności opowiadałam o tym Lipcowi, a on uśmiechał się wyrozumiale.
- Wiedziałem, że spodoba ci się ta książka - mówił. - To nasza lektura do podstawówki.

czwartek, 15 września 2011

Muxia. Kamienie zazwyczaj nie kłamią

Nie wiem dlaczego nigdy nie napisałam o Muxii. Może dlatego, że zbyt wiele tam historii. Nie bardzo wiadomo od czego zacząć. Czy dać pierwszeństwo świętemu Jakubowi? Ale z nim można dojść aż do Saragossy, a nawet, na upartego, do Kadyksu i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy tam iść? Wolelibyśmy przecież zostać w Muxii.

Więc może opisać szaloną wyprawę Matki Boskiej? I pisać, jak w Jeruzalem wsiada na tratwę z kamienia i osobiście (bo wciąż jest żywa, jesteśmy przed Wniebowzięciem) płynie do Muxii zmotywować wypalonego domokrążcę wiary? To jednak dość śliski temat, łatwo się pogrążyć. Nawet jeśli czytelnicy uwierzą w pływające kamienie, wciąż zostaniemy z kwestią podróży powrotnej. Bo skoro Maria jest w Muxii ciałem, a resztki jej tratwy do dziś leżą na brzegu, to jak wróciła? Ktoś ją odwiózł? Jak znalazła się spowrotem w Jeruzalem? Zbyt wiele tu wątpliwości, przyznajcie sami, ta historia wymaga kompetencji teologicznych, których waszemu korespondentowi brak.


Nie, dobry temat powinien być zwarty, a fakty namacalne. To, z czym zostaje wasz nieszczęsny korespondent, to kamienie. I jest to coś, czym się zadowoli. Takie kamienie - o, to temat w sam raz dla niego. Na przykład ten, który wygląda jak żagiel (i ponoć nim jest: kamiennym żaglem z łodzi Matki Boskiej). Nazywa się Pedra dos Cadrís i właśnie czołga się pod nim starszy pan. Starszy pan ma na głowie chusteczkę od słońca, zawiązaną tak, jak wiąże się dzieciom. Przyjechał do Muxii autokarem pełnym starszych pań - któraś z nich musiała osłonić jego łysinkę sposobem wypraktykowanym na wnukach. Pan wpełzł pod kamień i chyba trochę uwiązł. Jeszcze się śmieje, lecz w oczach już panika. Ale galisyjska magia jest bezlitosna (i dość, przyznajcie, przewrotna): pan w chusteczce będzie musiał przeczołgać się pod kamieniem jeszcze osiem razy. Jeśli zdoła i wstanie swój kręgosłup może uznać za uleczony...


A to dopiero pierwszy kamień, o którym wasz korespondent mógłby z Muxii napisać! Gdzieś tu obok leży Pedra do Temón, kamień-kotwica i Pedra dos Namorados, gdzie zakochani ślubują sobie wierność. I jest jeszcze Pedra de Abalar, wielki płaski pokład kamiennej łodzi. To na nim mógłby skupić się wasz korespondent, gdyby wreszcie zdecydował się napisać o Muxii.

Istotą tego kamienia jest chwiejność. Dosłowna i przenośna. Pedra de Abalar chwieje się, lecz nie stale. Czasem z równowagi głaz wyprowadzi jedna osoba. W innych przypadkach nie wzrusza go tłum. Zdarza się także, że chwieje się sam, przez nikogo nie poruszony. To ostatnie zwiastuje ponoć nadchodzące nieszczęścia, choć ludzie mawiają, że nie wszystkie kataklizmy wstrząsają kamieniem. Nie wiadomo, czy to prawda. Być może głaz bywa wówczas poruszony, lecz nie daje po sobie nic poznać. Byłby w tym podobny do prawdziwych Galisyjczyków, o których Hiszpanie mówią, że są nieprzeniknieni. Jeśli spotkasz Galisyjczyka na schodach, opowiadają, nie poznasz, czy jest zadowolony, czy smutny, ba!, nie zorientujesz się nawet czy z nich schodzi, czy na nie wchodzi.

Są tacy, którzy mówią, że chwiejąc się Pedra de Abalar daje ludziom znaki. Że przemawia przez niego prastara tajemna moc, Matka Ziemia albo Dziewica-Pasażerka. Przekaz płynie nieustannie i wasz korespondent jest niemal pewien, iż niesie prawdę. Skały zazwyczaj nie kłamią. To tylko my nie wiemy, jak interpretować sygnały. Zwłaszcza, że nieprzeniknieni Galisyjczycy z kamienną twarzą powtarzają: ten głaz chwieje się, kiedy chce.


czwartek, 26 maja 2011

Trujillo. Nie wraca się do kolebki cz.2


Kiedy Francisca Pizarro Yupanqui, córka zdobywcy i zdobytej, schodzi na ląd w Sewilli, ma siedemnaście lat i czeka na nią list. To wuj Hernando wzywa ją do siebie. Wuj Hernando jest legalnym bratem jej ojca-bękarta. Ma 62 lata i siedzi zamknięty w zamku de la Mota. Jeszcze w Peru, dawno temu, wydał rozkaz ścięcia Diega de Almagro, niegdyś przyjaciela, potem wroga Pizarra. Ten rozkaz kosztował później życie ojca Franciszki, zabitego przez synów Almagro.

Siedemnastolatka spotyka wuja w więzieniu. To, co czuje, historycy odnotują jako litość. Piękna i bestia, dwoje samotnych wyrzutków konkwisty. Pobierają się i stary konkwistador każe zbudować przy dolnym rynku Trujillo dom dwukrotnie większy niż domy sąsiadów. Przeniosą się tam dziewięć lat później, kiedy Hernando wyjdzie z więzienia. On chyba też kocha swoją żonę-siostrzenicę. Dożywa przy niej 103 lat. Kiedy umiera, prosi, by pozostała wdową. Francisca ma jednak dopiero 58 lat i nie chce, by lekcje tańca i gry na klawikordzie poszły na marne. Apetyt odziedziczyła po ojcu, jej podbój Hiszpanii jeszcze się nie skończył.

Wychodzi znów za mąż i wyjeżdża. Do Madrytu. W Trujillo, tej dziurze na uboczu, w tym mieście, z którego raczej się wyrusza niż wraca, zostawia tylko - na pocieszenie - swój kamienny portret. Jest w herbie na rogu jej zbyt wielkiego domu, obok panoramy Cuzco, lwów, ośmiu Inków, spętanych łańcuchem (jeden z nich, ten w koronie musi chyba być dziadkiem Franciszki), całej konkwisty w kamiennym komiksie. Pierwsza Metyska, córka bękarta, który podbił Peru, wychyla się z fasady, w sznurze pereł i szerokim kapeluszu, z ciekawskim półuśmiechem patrząc na tych, którzy przyjeżdżają tu po historie, a wyjeżdżają z serem.


środa, 25 maja 2011

Trujillo. Nie wraca się do kolebki cz. 1



Dopiero z góry, z zamku, widać jaka to dziura. Trawa po horyzont, trochę drzew - cały świat kamieniem podzielony na pastwiska dla świń. Ponoć on też pasał je w dzieciństwie, tak piszą ci, którzy lubią go nazywać zbrodniarzem. Świniarczyk-analfabeta, bękart szlachcica i klasztornej służącej, Francisco Pizarro, zdobywca Peru, kat Inków. Nic dziwnego, że stąd wyjechał. Nie ma w tym żadnego sekretu.

Wszystko, co ważne, dzieje się poza Trujillo. Kiedy chodzi się kamiennymi uliczkami, wśród pozamykanych bram, z burzowymi chmurami nad głową, wydaje się, że zawsze tak było. Estremadura to ubocze historii. Rzymianie nazwali ją extrema Dorii, krainą za krańcem rzeki Duero. To miejsce, z którego raczej się wyjeżdża i tylko z czasem dochodzą tu plotki o tych, co wyjechali. Więc naprawdę podbił Peru, nasz Francisco, bękart Długiego Gonzalo? Mówisz, że czubkiem szpady narysował linię na piasku i kazał swoim ludziom wybierać: tu bogactwa Inków, tam nasza stara bieda? I że przekroczyło ją trzynastu? Moglibyśmy wmurować im tablicę, tym Trzynastu, może przyjeżdżaliby ją oglądać jacyś turyści i kupowaliby nasze sery? A wiesz, że mówią, że kiedy nasz Francisco pojmał króla Inków, w ramach okupu kazał wypełnić dom, w którym go trzymał, raz złotem i dwa razy srebrem? I że potem i tak zabił tego króla? Tak, to do niego podobne, zła krew, bękart, za młodu był taki sam...


Ale to wszystko dzieje się poza Trujillo i ci, którzy tu przyjeżdżają, skazani są na opowieści o innych krainach. Tak, Trujillo jest kolebką, ale konkwistadorzy już dawno z niej wyszli. Większość nie wróciła. Wracało to, co po nich zostało: pieniądze, sława, herby i dzieci, spłodzone z inkaskimi księżniczkami...

Ona była takim właśnie dzieckiem, córką zdobywcy i zdobytej. Francisca Pizarro Yupanqui. Ojciec musiał ją kochać, przynajmniej zanim obcięto mu głowę, bo kazał uczyć dziewczynkę pisać, czytać, tańczyć i grać na klawikordzie. Miała siedem lat, gdy go zabito, a jej dalsza historia przypomina bajki o innych królewnach. A zatem: zabójcy ojca wsadzają ją (z małym braciszkiem) na statek. Okręt ma porzucić dzieci na bezludnej wyspie, ale kapitan się lituje. Jakiś czas Francisca może żyć w spokoju - lecz tylko do chwili, gdy podrośnie. Wtedy dziedziczka Pizarro zaczyna być zagrożeniem dla nowych władz. Nowe władze znów wsadzają ją zatem na statek. Tym razem okręt płynie znacznie dalej, na drugi kraj świata, do Hiszpanii. Czym ta podróż jest dla Franciszki? Trudno powiedzieć, ale podczas rejsu spisuje testament. Ma wtedy 16 lat i chyba do końca nie wie, jak to wszystko się skończy. 
 

wtorek, 26 października 2010

Peralada. Fałszywe przesłanki



Miasteczka w Katalonii przypominają kamienne labirynty, ale są to labirynty dziwne. Nie można w nich zabłądzić. One tylko wyrzucają. Ulice biegną po łuku, wiją się wokół centrum i odrzucają obcego z niewidzialną siłą odśrodkową, jakby broniły czegoś, co jest w środku.

Peralada nie była inna. Główna uliczka wiła się miękko i z łagodnym uporem wypychała nas na zewnątrz. Wracaliśmy na nią zdeterminowani. Skręcaliśmy w jakieś nieprawdopodobne zaułki i znów wylatywaliśmy. Wszystkie domy przy plaza mayor były mniej więcej tej samej wielkości, więc szukaliśmy czegokolwiek: napisu, tabliczki, pomnika, ale niczego nie było i chude koty patrzyły z litością na naszą walkę. Jeden z nich, biały z rudo-pręgowanym ogonem, miał spotworniałe oko: rozpychało mu oczodół niczym szklana kulka w kolorze chorego, mętnego błękitu. Trafialiśmy na niego za każdym nawrotem - mały minotaur, królik-przewodnik w zbyt łatwym labiryncie. Nie ma przypadków, są tylko fałszywe przesłanki. Plac, którego pilnował kot, nosił imię człowieka, którego szukaliśmy.


Człowiek nazywał się Ramon Muntaner. Był poważanym obywatelem Walencji. Z nieznanych przyczyn on - człowiek wysoko urodzony i wykształcony - przyłączył się do Kompanii Katalońskiej Rogera de Flor, najbardziej zuchwałej zgrai najemników w historii, która narobiła takiego zamieszania w basenie Morza Śródziemnego, że greccy mnisi do dziś nie chcą wpuszczać do Meteorów turystów z Katalonii. Ramon Muntaner - szlachcic, żołnierz, najemnik, ponoć szpieg. I kronikarz. Bardzo zuchwały kronikarz. Urodził się w kamiennej Peraladzie, w największym domu u szczytu plaza mayor.

Ale w Peraladzie, przy plaza mayor, wszystkie domy były mniej więcej tej samej wielkości i błądziliśmy pod chorym okiem białego kota. Siedział, zaszyty w gąszczu roślin doniczkowych, które przesłaniały wejście do kamienicy w zaułku. Nie ma przypadków; po prostu niektóre rzeczy zdarzają się, bo świat jest już bardzo stary i wyczerpały się scenariusze. Dzieje się więc kilka rzeczy: koty czmychają, lecz niedaleko, pomiędzy donicami otwierają się drzwi i wychodzi z nich starsza kobieta z wiadrem w ręce - dokładnie taka, jakie są starsze kobiety, które dokarmiają bezdomne koty i bez umiaru rozsadzają doniczkowe rośliny - a my lądujemy w środku naprawdę kiepskiej fabuły. Ale nie ma już dokąd uciec. Mamy kwestie do wypowiedzenia: my i starsza kobieta z wiadrem i w fartuchu. Mamy swoje kwestie, więc pytam kobieciny z małego, odrapanego miasteczka o kronikarza sprzed siedmiuset lat, a ona odpowiada bez zdziwienia, jakby mówiła o wnuku sąsiadów.
 - Tak, tak, urodził się tu.


I już wiem, co się stanie, ale brnę dalej, że chodzi mi o dom, największy dom przy plaza mayor, bo nie ma tabliczki i chciałabym... A ona przygląda mi się nieuważnie zza grubych, brzydkich okularów i potakuje.
- Tak, tak, właśnie tu się urodził.
Jeszcze nie kapituluję, została jeszcze jedna linia obrony: plaza mayor jest za rogiem, za kamiennym przesmykiem, ale kobieta przerywa mi od razu.
- Przebudowano go. Jak burzono tamten stary konwent - mówi i niedbałym machnięciem wiadrem rozbija w drobny mak chronologię, na zawsze miesza czasy, epoki, stulecia. Cokolwiek powie - nie będę już widzieć o jaki wiek jej chodzi.
- Więc to ten dom?
- Ano ten.
- I pani w nim mieszka?
Potakuje. Nie ma przypadków. Przez chwilę stoimy w milczeniu. Patrzymy na kamienicę, na plątaninę kabli, urywający się balkon, porozsadzane kwiaty, na białą, plastikową rynnę.
- I jak... - pytam ostrożnie, bardzo ostrożnie, bo sytuacja jest zbyt nierealna, by płoszyć ją wścibstwem. - Jak się... tu mieszka?
- Ano dobrze - odpowiada kobiecina i dodaje: - Staramy się po prostu niczego nie zmieniać.
I w tym momencie coś złego do reszty dzieje się z czasem, czas zmienia się w jakiś wir, a może raczej staje, może nigdy tu nie płynął - w tym kamiennym miasteczku, spętanym kablami, w tym wielkim kraju na uboczu teraźniejszości. Nie umiem tego ocenić, tak jak nie wiem czy wciąż mówimy o tym samym człowieku, o kronikarzu sprzed 700 lat i o jego domu, czy ta kobieta mnie nie zrozumiała, a może nie rozumiem jej ja. Kot ze spotworniałym okiem drwiąco liże swój ogon. Nie zwraca już na nas uwagi. Kobieta chce odejść i jedyne pytanie, na jakie mnie jeszcze stać, brzmi głupio.
- Czy to pani kot?

sobota, 25 września 2010

Baśń o Alhambrze


 Czytając Washingtona Irvinga w Granadzie


Mateo Jimenes miał 17 lat, mówił o sobie, że jest synem krawca oraz Alhambry i znał wszystkie baśnie arabskich nocy. Każda baśń Mateo zaczynała się tak: "Dawno temu, kiedy Granadą rządzili Maurowie..."; w  każdej było złoto, ukryte w fontannie i księżniczka, zamknięta w wieży. Moja baśń nie jest taka stara. Nie ma nawet stu lat. Są w niej fontanny, ale nie ma złota. Na pozbawione księżniczek wieże wieczorami wspinają się chłopcy z wędkami. Wysuwają wędziska przez strzelnicze okienka i - zamiast gwiazd - łowią jaskółki. Moja baśń jest młodsza niż baśnie Mateo. I Mateo też w niej jest.


 Pamiętam wszystkie rozjazdy: ten fatalnie oznaczony, niebezpieczny skręt przy Alhama de Murcia, skarpę Aledo majaczącą po prawej, przed wąwozami Lorki, potem potężną górę, pod którą siedziały bliźniacze miasteczka -  pierwszy zjazd w prawo na Velez Rubio, drugi na Velez Blanco - wreszcie pierwsze bielone jaskinie, kiedy dojeżdżało się do Bazy oraz ten absurdalny, rozmigotany zagajnik jasnozielonych topoli przy obwodnicy Guadixu. I jeszcze nieskończony pas drzew oliwnych - karnych jak żołnierze w szeregu, lekko wsparty o zbocze gór; pamiętam, że kiedy je mijaliśmy wszystkie były ścięte szronem i wyglądały, jakby zrobiono je ze srebrnego drutu. Siódme góry, bezużyteczne szczegóły...

W rzeczywistości moja baśń powinna zaczynać się tak: kiedy w 1829r., po ukończeniu biografii Kolumba, Washington Irving wyrusza z Sewilli ku Granadzie, o Hiszpanii wciąż można pisać książki podróżnicze. Przedsionek Afryki, dziki kraj, konie, muły, strzelby, wino w bukłakach, noclegi w karczmach. Irving zabiera naddatek dolarów dla grasujących po pustkowiach bandytów. To lepsze niż jazda z pustymi kieszeniami - bandyci ryzykują szubienicą i bardzo, ale to bardzo nie lubią ryzykować na próżno.


Alhambra, do której Irving dociera, nie jest jeszcze zabytkiem z internetowym systemem rezerwacji biletów. Jest romantyczną ruiną, zamieszkałą przez żołnierzy-inwalidów, biedotę i cudaków. Pisarz nie szuka przewodnika, to przewodnik znajduje jego. - Soy el hijo de la Alhambra. Jestem synem Alhambry - przedstawia mu się Mateo i od tej chwili wszystko przecieka w baśń. Za bramą z Kluczem i Dłonią zaczyna się druga strona lustra.

Mali chłopcy łowią tam z wież jaskółki na wędkę. Pod schodami mieszka Królowa Ostryg, wdowa po pięciu i pół mężach. Pulchna, pięknooka Dolores, która nie przeczytała w swym życiu więcej niż trzy książki, rozpacza po zdradzie gołębia. Nocami na dalekich stokach Sierra Nevada płoną ogniska zbieraczy lodu, a z dołu, z Granady niesie się stukot kastanietów. Pisarz otwiera tajemnicze drzwi i nocą błądzi po pałacach Nasrydów...



To wszystko prawda - i to jest baśń. Szczęka elektroniczna bramka, piszczy czytnik kodów, strażnik każe przełożyć plecak na brzuch. Nie ma już nietoperzy w Pałacu Lwów i wszyscy wchodzimy sobie w kadr z widokiem na patio księżniczki Lindaraji. A księżniczka, wierzcie mi lub nie, jest tak samo prawdziwa, jak siedemnastoletni Mateo, syn krawca i Alhambry, który znał wszytskie legendy i którego może nigdy nie było. Yes, indeed, "I am always at a loss to know how much to believe of my own stories", mr Irving.

W mojej kulawej baśni jego historie opowiada plastikowy audio-guide.


 "Alhambrę" Washingtona Irvinga można w oryginale przeczytać na stronach biblioteki University of Adelaide