Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cud. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2013

El Rocío. Muszla na piasku


Bardzo wielu rzeczy nie było w El Rocío, kiedy byliśmy tam my.
Asfaltu - ale jego nie było tu nigdy.
Bardziej rzucały się w oczy inne braki.
Brak powozów.
Brak falban w grochy.
Brakowało szarych kapeluszy. I bardzo wielu koni.
Jakiegoś miliona ludzi.
A przede wszystkim brakowało fiesty.
El Rocío, by być prawdziwe, powinno mieć to wszystko, powinno mieć w sobie milionowy tłum konnych pielgrzymów w falbanach w grochy i szarych kapeluszach, stukot kopyt i kastanietów, gar końskiego rżenia i żarliwych modlitw, płynących z zapylonych ulic wprost ku Białej Gołębicy, która kryła się tu bezpiecznie w swej olbrzymiej białej kamiennej muszli.
Ale my trafiliśmy do El Rocío poza sezonem i jedyne, co dostaliśmy, to pustka, słońce i piach. Najwięcej było piachu.


Leżał wszędzie. Zachłannymi jęzorami wlewał się na jedyną asfaltową drogę, przelotówkę A 483, na której skraj wypluł nas kursowy autobus. Wszyscy inni pasażerowie jechali dalej, na plażę. O tej porze roku - właściwie o każdej porze roku poza Zielonymi Świątkami - w El Rocío nie było nic poza piachem i tylko najbardziej zdesperowani pielgrzymi przyjeżdżali tu, by zapalić długie cienkie świece po euro od sztuki  i prosić o jakiś cud. My także wolelibyśmy oglądać El Rocío kiedy indziej - wiosną, kiedy bagno, nad którym leży jest wciąż mokre i brodzą w nim flamingi, a wszystkie drogi pełne są śpiewu, wozów, koni i ludzi - ale zanim zdążyliśmy tu dotrzeć lato było już w pełni i na wszechobecnym piachu zostały tylko nieliczne ślady kopyt.



Nasze buty zostawiały podobne tropy, kiedy błądziliśmy bez celu pustymi, jednakowymi uliczkami. Tak, wszystkie uliczki w El Rocío były jednakowe. Przecinały się pod kątem prostym, tworząc nieprawdopodobnie regularną siatkę, wypełnioną przez takie same niskie domki z drewnianymi gankami jak z westernu, z poprzecznymi belkami, do których łatwo i z fasonem można uwiązać konia. Koni jednak nie było i wszystkie domy wyglądały na zamknięte na głucho. Tylko wielka schnąca w słońcu kupa nawozu świadczyła o tym, że miasto nie wymarło. I głosy.



Ktoś śpiewał. Dwa męskie głosy, lekko zmącone przez alkohol i andaluzyjski akcent śpiewały coś, w czym dało się rozpoznać hymn ku Matce Boskiej. Poszliśmy ku nim. Za zakrętem ulicy, w podcieniu na tyłach baru stały dwa konie. Miały obojętnie zwieszone łby i wyraźnie czekały na dalszy rozwój wypadków. W ich siodłach siedzieli mężczyźni. Mieli szare spodnie i marynarki, szare kapelusze i butelki z piwem. To oni śpiewali. Kiedy ich mijaliśmy spojrzeli na nas bez zainteresowania, a jeden pociągnął z flaszki. Poszliśmy sobie, żeby im nie przeszkadzać.

W kościele - wielkiej, białej kamiennej muszli, zupełnie absurdalnej pośrodku tego piachu - trwała msza i śpiewano flamenco. Głośno, wesoło, z klaskaniem. Kto nie śpiewał, wymieniał uwagi z sąsiadem, biegały dzieci i robiono zdjęcia. Biała Gołębica była gdzieś w środku tego wszystkiego, cierpliwa i maleńka pod wielkim kapiącym od złota baldachimem i ciężką szatą. Jej także postanowiliśmy nie przeszkadzać. Wyszliśmy na zewnątrz, w rozżarzone słońce i rozpalony piach, dobry dla kopyt lecz nie dobry dla stóp, i brodząc w nim mozolnie powlekliśmy się na autobus. Nie żałowaliśmy już, że przyjechaliśmy do El Rocío poza sezonem. To dziwne, oślepiająco białe miasteczko pośród piachu miało w sobie wszelkie uroki fatamorgany.

A my lubiliśmy paradoksy i fatamorgany.

poniedziałek, 1 października 2012

Sewilla. Skamieniały Człowiek i barbarzyńcy


Skamieniały Człowiek tkwił do połowy ud połatanym chodniku, ledwie mieszcząc się w swojej niszy, wykutej w ścianie burego bloku. To była taka właśnie uliczka: wąska, bura, odrapana, ściśnięta wysokimi ścianami brzydkich nowych kamienic. Taka uliczka, która w ogóle nie nadaje się na legendę.

Legenda mówiła, że Człowiek, zanim skamieniał, pił nocą w pobliskim barze. Nagle usłyszał dzwonek - jakiś ksiądz szedł do umierającego z Najświętszym Sakramentem. Trzeba było uklęknąć; Człowiek nie zrobił tego, co więcej - rzucił jakiś komentarz, coś, co miało być brawurowe i zabawne, lecz nadmiar wypitego wina odebrał temu polot. Później, kiedy już skamieniał i wytrzeźwiał, utkwiony na wieki w chodniku, Człowiek bezskutecznie próbował przypomnieć sobie, co to było - pewnie coś o zginaniu (niezginaniu) kolan, sztywnym karku i że prędzej mu kaktus... No i o kamieniu. Musiało być coś o kamieniu, bo kiedy już okazało się, że było to bluźnierstwo i że zostało ukarane, Skamieniały Człowiek - teraz trzeźwy i skamieniały - stał się tym, co sobie wybluźnił. Na zawsze miał już tkwić po uda zanurzony w połatanym chodniku, wciśnięty w ścianę coraz to nowocześniejszego bloku na tej brudnej, bocznej, zupełnie nieromantycznej uliczce, gdzie - nie bez trudu - odszukał go wasz korespondent.


Tę książkę podarował mi Lipiec. Lipiec - który opiekował się nami przez cały nasz sewilski lipiec - wiedział, że piszę bloga i dlatego zawsze starał się mieć dla mnie jakąś anegdotę, jak ta o ludziach z nazwiskiem Japon. Dbał też, żebyśmy spróbowali manteca colorada, barwionego papryką smalcu, choć żadne z nas - jego samego nie wyłączając - nie przepadało za smarowaniem chleba wieprzowym tłuszczem. Z podobnych powodów wystarał się o książkę specjalnie dla mnie. Miała tytuł "Tradiciones y Leyendas Sevillanas". W środku było zdjęcie wąsatego autora z muchą pod brodą i bogaty zestaw opowieści o skarbach, uciętych głowach, okrutnych królach i boskich karach dla ludzi, którzy nie klękają przed Najświętszym Sakramentem. Były tam także dokładne opisy miejsc, gdzie wydarzyły się wszystkie te cuda i chodziłam potem po Sewilli szukając ich.



A one naprawdę tam były. Skamieniały Człowiek - który tak naprawdę był niegdyś posągiem w rzymskiej łaźni - stał po uda w brzydkim chodniku, opakowany w bury blok. Blok nie wyglądał jakby mógł być siedliskiem jakiejkolkwiek legendy, lecz najwyraźniej stał na antycznych fundamentach i mogłam sobie wyobrażać, że schodząc do piwnicy po ziemniaki mija się osnute pajęczynami kamienne kapitele, co samo w sobie było dość cudowne. Z wdzięczności opowiadałam o tym Lipcowi, a on uśmiechał się wyrozumiale.
- Wiedziałem, że spodoba ci się ta książka - mówił. - To nasza lektura do podstawówki.

poniedziałek, 21 listopada 2011

León. Domek z kart


- Jeśli gdzieś na posadzce zobaczycie plamę bezbarwnego światła, to znaczy, że w witrażu jest dziurka - mówi konserwator.

Wisimy gdzieś, gdzie nie powinno nas być. To miejsce nie zostało stworzone dla ludzi; tu miało być tylko powietrze, światło, ewentualnie mógłby tu szybować Duch (który tchnie, kędy chce). Te kępy sierści na lwim futrze, te żyłki na liściach lilii, te wszystkie szczegóły nie są przeznaczone dla ludzkich oczu. Nie powinniśmy ich oglądać. Ale zapłaciliśmy za bilet, stoimy na konserwatorskiej platformie, wysoko pod sklepieniem katedry i z bliska patrzymy na szkło, które przetrwało osiemset lat.

Katedra w Leonie to gotycki domek z kart. Wielkie szklano-kamienne bierki. Wiele wieków temu wymyślono tu sobie potężny gmach, który miał się składać niemal wyłącznie z okien. Kamienie, sklepienia i wieże miały cudownie wznosić się wokół nich, zawieszone na niewidzialnych niciach sił, nie miażdżąc szkła. Jak nazwać taki plan? Wiarą? Nadzieją? Pychą? Już od początku historia budowy tej katedry to opowieść o wznoszeniu i upadku.





Przez pierwsze 50 lat budowniczym nie udaje się wyjść poza fundamenty. Wali się wszystko, co wznoszą. Nocami okoliczna ludność poluje na kreta  - rozeszły się pogłoski, że diabelskie zwierzę podkopuje katedrę. Inni mówią, że winne są za cienkie ściany, zbyt kruchy kamień, za dużo szkła i podłoże - zbyt podmokłe i niestabilne (katedra staje na ruinach łaźni rzymskiego legionu). I że to się nie może udać. Ale udaje się - zarówno upolować kreta, jak i wznieść domek z kart (choć ich ustawianie na sobie trwa sto lat). Krecią skórkę wiesza się w kościele, zaś konstrukcja stoi - w miarę stabilnie - do początku XV wieku. Potem zaczynają się problemy, które właściwie już się nie kończą.

W 1631 r. wali się część kopuły nad transeptem.

Juan de Naveda, nadworny architekt króla Filipa IV wynosi nową barokową kopułę. Za ciężką. Narusza delikatną równowagę sił, z jaką gotyckie łuki i przypory odciążają przeprute witrażami ściany. Kruszeją fundamenty.

W połowie XVII w. katedra się chwieje. Kopuła Navedy pochyla się i niczym lodowiec spływa na południe.

Żeby kopuła nie zjechała, przebudowuje się całą południową fasadę. To nie wystarcza. Churriguera wznosi wokół kopuły cztery pinakle. Ich ciężar tylko pogarsza sprawę.



W 1755 r. Lizbonę pustoszy trzęsienie ziemi, fale sejsmiczne docierają do Leonu. Szczeliny tną południową fasadę jak noże.

W 1830 r. boczna fasada niemal się rozpada. Trzeba ją całkowicie przerobić.

W 1857 r. panika. Z kopuły i sklepienia transeptu na głowy wiernych znów lecą kamienie.

Architekt Matias Lavina rozbiera kopułę, pinakle, pół transeptu i południową fasadę. Jest jednak klasycystą, nie zna się na magii gotyku. Katedra reaguje, jakby Lavina poruszył stos bierek: wszystko zaczyna się walić. Zanim się to stanie, nie wytrzyma serce architekta. Zawał.

Biskupi zatrudniają Juana de Madrazo, najlepszego hiszpańskiego konserwatora. To on uratuje Domek z Kart.

Madrazo czyni cuda. Najpierw oplata katedrę kokonem drewnianych podpór. Potem przystępuje do przebudowy. Przywraca gotyckie rozwiązania, wiąże zworniki, tka kamienne łuki i przypory, po których ciężar, jak woda, spływa ku wzmocnionym fundamentom. Kiedy w 1878 r. usuwa drewniany kokon, ludzie wstrzymują oddech.



Katedra stoi.

Katedra stoi mimo, że domniemana krecia skórka, poddana badaniom zoologów, okazuje się... pancerzem żółwia skórzastego.

(Katedra stoi, lecz Madrazo nie nacieszy się sukcesem. Miasto zwraca się przeciw niemu. Oskarża się go o przynależność do masonerii i protestantyzm, co nieco dziwi architekta, który zawsze powtarzał, że jest ateistą.)

Katedra stoi, a w jej kruchych ścianach płoną wielkie osiemsetletnie witraże. Szkło, które w tym domku z kart - niczym nie osłonięte - przetrwało trzęsienia ziemi, wojny, ostrzały artyleryjskie, kamienie uliczników... Wypatrujemy białych plamek dziur. Dopiero od niedawna konserwatorzy pokrywają katedralne okna bezbarwnymi zewnętrznymi taflami. Prace mają potrwać jeszcze przynajmniej siedem lat. Patrzymy w górę, na potężną rozetę. Feerię barw przerywa wąski strumyczek białego światła.

- To najnowszy ubytek, ostatnie uszkodzenie - mówi konserwtor. - Zrobił je zeszłotygodniowy grad.



poniedziałek, 17 października 2011

Galicia. Wiedza zdobyta zbyt późno

czytając Camilo Jose Celę po powrocie z Galicii


Za późno. Nie wiedzieliśmy, czego szukać i przegapiliśmy wszystko, a przynajmniej wiele. Mogliśmy chociaż spróbować odnaleźć w Ourense dom publiczny u Szlai, gdzie pod schodami leże miał stary Gaudencjo, który mazurek Ma petite Marianne zagrał tylko dwa razy, w listopadzie 1936 roku, kiedy zabili Chojraka, i w styczniu 1940, kiedy zabili Puszczyka. Oczywiście, ślepy akordeonista nie żył już wtedy, kiedy go nie szukaliśmy (mówią, że zmarł tydzień po Hitlerze), ale nie wiem, czy jest to wystarczająca wymówka, by nie spróbować go odnaleźć.

Za późno. Przejechaliśmy przez Galicię, nie wiedząc, czego szukać i nawet nie zwróciliśmy uwagi na jezioro Antela, na którego dnie leży zatopione miasto Antiochia. Adrien Estevez z Ferreiravella, najlepszy nurek Galicii, próbował kiedyś dla zarobku wyłowić dzwony przeklętego miasta, chroniony przez ciążącymi na nich trzema przekleństwami krzyżem z Caravaki wymalowanym na piersiach, ale nie zdołał ich odczepić i wyniósł na powierzchnię jedynie wieść, że na sercu największego dzwonu powieszony jest wilk, co za niedorzeczność! Oczywiście, jezioro Antela osuszono w latach 50., ale nie wiem, czy jest to wystarczający powód, by nie zboczyć z trasy, żeby je zobaczyć.



Za późno. Wróciliśmy z Galicii, nie wiedząc, że trzema największymi cudami regionu, które pokazuje się turystom, kiedy chce się ich zadziwić, są: klasztor w Oseira, ślad, jaki zostawił diabeł na wzgórzu Cargadoira oraz przyrodzenie niejakiego Rocque'a z Gamuzów, zwanego Klerykiem z Comesañi. Ów ostatni obiekt obejrzeć można było zawsze za cenę dwóch kieliszków trzcinówki, więc nie wiem, czy fakt, że Rocque nie dość, że jest postacią fikcyjną, to jeszcze prawdopodobnie także już nie żyje, jest wystarczającą przyczyną, by zaniedbać zdrową ciekawość cudu.

Za późno. Opuściliśmy Galicię nie wiedząc, czego powinniśmy byli szukać i przegapiliśmy wszystko, a przynajmniej wiele. Jest to dobra nauczka na przyszłość. Następnym razem, zamiast przewodnika Pascala, należy zabrać w drogę "Mazurek dla dwóch nieboszczyków".

niedziela, 2 października 2011

Salamanka. Pęknięte katedry

1 listopada 1755 r., o dziewiątej czterdzieści rano, kiedy trzęsienie ziemi i tsunami doszczętnie niszczyło Lizbonę, w odległym o 471 km mieście musiał dać się słyszeć szczególny odgłos. Gdyby to był komiks, na niebie pojawiłby się dymek z napisem: "CRAAAAACK!". Właśnie - craaaack! - pękały katedry w Salamance*.

Szliśmy po dachach. Tak to sobie wymyśliliśmy jeszcze poprzedniego wieczoru: pójdziemy dachami, zaczniemy od wież (ten szlak nazywał się Ieronimus, na cześć biskupa, który wolał walczyć u boku Cyda niż odmawiać różańce). Byliśmy już wysoko, gdzieś między dzwonnicami starej i nowej katedry, kiedy usłyszeliśmy to po raz pierwszy. Słońce prażyło tu niemiłosiernie, pachniało rozgrzanym ołowiem i gołębimi piórami, a w powietrzu trwał - nieprzerwany i cichutki jak oddech - dźwięk sprzed dwustu pięćdziesięciu sześciu lat. Craaaaack...


- Craaaack...! - szeptała spięta żelaznymi klamrami wieża. Rysa cięła ją z góry na dół, jak cienka czarna błyskawica. - Craaack...! - zgrzytał kamienny portal; fragment nadproża wisiał w nim, zaklinowany między dwoma kamieniami. W szczeliny można było włożyć ręce. - Craaaack...! - warczały zmyte przez deszcze, bezkształtne gargulce. Ich szyje obejmowały grube, żelazne obroże, jakby zzieleniałe od mchu bestie miały zerwać się z uwięzi i runąć w dół, na nieświadomych niczego przechodniów...

W pękniętej ścianie tkwiły pęknięte drzwi. Przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w środku. Koronkowa galeryjka wisiała przy murze jak pajęcza nić. Niżej była przepaść trzech wielkich naw: z tej perspektywy mury wydawały się nie grubsze niż skorupka wydmuszki. I ta wydmuszka również była pęknięta.



- Craaaack...! - skarżył się święty z uróżowionymi policzkami. Złoty medalion, w którym tkwił, niemal wyłuskała z muru szeroka szczelina. - Craaaack...! - trzeszczały żebra w rozerwanym łuku, podtrzymującym sklepienie. - Craaack...! - straszyły rzeźbione aniołki, dźwigające naszą galeryjkę. Ich wątłe skrzydełka nie radziły sobie z ciężarem balkonu; szereg rwał się i nie trzymał linii. Wydawało się, że jeszcze chwila-moment i pierwsze skrzydlate dziecko odpadnie nam spod stóp i poszybuje w dół, ku posadzce. - Craaack...

Lecz, oczywiście, nic się nie poruszyło. Wszystko trwało w bezruchu, zastygłe w rozpadzie jak na zdjęciu z eksplozji: rysy i kamienie, szczeliny i łuki, rzeźby i balustrady. I tylko w nieruchomym powietrzu brzęczał dźwięk sprzed 250 lat: nieustanne, wieczne craaack...!, tak ciche, że przecież wcale nie było go słychać.


------
* Salamanka ma dwie katedry - starą i nową - zbudowane tuż przy sobie, tak, że niemal łączą się ze sobą murami.

czwartek, 15 września 2011

Muxia. Kamienie zazwyczaj nie kłamią

Nie wiem dlaczego nigdy nie napisałam o Muxii. Może dlatego, że zbyt wiele tam historii. Nie bardzo wiadomo od czego zacząć. Czy dać pierwszeństwo świętemu Jakubowi? Ale z nim można dojść aż do Saragossy, a nawet, na upartego, do Kadyksu i trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcemy tam iść? Wolelibyśmy przecież zostać w Muxii.

Więc może opisać szaloną wyprawę Matki Boskiej? I pisać, jak w Jeruzalem wsiada na tratwę z kamienia i osobiście (bo wciąż jest żywa, jesteśmy przed Wniebowzięciem) płynie do Muxii zmotywować wypalonego domokrążcę wiary? To jednak dość śliski temat, łatwo się pogrążyć. Nawet jeśli czytelnicy uwierzą w pływające kamienie, wciąż zostaniemy z kwestią podróży powrotnej. Bo skoro Maria jest w Muxii ciałem, a resztki jej tratwy do dziś leżą na brzegu, to jak wróciła? Ktoś ją odwiózł? Jak znalazła się spowrotem w Jeruzalem? Zbyt wiele tu wątpliwości, przyznajcie sami, ta historia wymaga kompetencji teologicznych, których waszemu korespondentowi brak.


Nie, dobry temat powinien być zwarty, a fakty namacalne. To, z czym zostaje wasz nieszczęsny korespondent, to kamienie. I jest to coś, czym się zadowoli. Takie kamienie - o, to temat w sam raz dla niego. Na przykład ten, który wygląda jak żagiel (i ponoć nim jest: kamiennym żaglem z łodzi Matki Boskiej). Nazywa się Pedra dos Cadrís i właśnie czołga się pod nim starszy pan. Starszy pan ma na głowie chusteczkę od słońca, zawiązaną tak, jak wiąże się dzieciom. Przyjechał do Muxii autokarem pełnym starszych pań - któraś z nich musiała osłonić jego łysinkę sposobem wypraktykowanym na wnukach. Pan wpełzł pod kamień i chyba trochę uwiązł. Jeszcze się śmieje, lecz w oczach już panika. Ale galisyjska magia jest bezlitosna (i dość, przyznajcie, przewrotna): pan w chusteczce będzie musiał przeczołgać się pod kamieniem jeszcze osiem razy. Jeśli zdoła i wstanie swój kręgosłup może uznać za uleczony...


A to dopiero pierwszy kamień, o którym wasz korespondent mógłby z Muxii napisać! Gdzieś tu obok leży Pedra do Temón, kamień-kotwica i Pedra dos Namorados, gdzie zakochani ślubują sobie wierność. I jest jeszcze Pedra de Abalar, wielki płaski pokład kamiennej łodzi. To na nim mógłby skupić się wasz korespondent, gdyby wreszcie zdecydował się napisać o Muxii.

Istotą tego kamienia jest chwiejność. Dosłowna i przenośna. Pedra de Abalar chwieje się, lecz nie stale. Czasem z równowagi głaz wyprowadzi jedna osoba. W innych przypadkach nie wzrusza go tłum. Zdarza się także, że chwieje się sam, przez nikogo nie poruszony. To ostatnie zwiastuje ponoć nadchodzące nieszczęścia, choć ludzie mawiają, że nie wszystkie kataklizmy wstrząsają kamieniem. Nie wiadomo, czy to prawda. Być może głaz bywa wówczas poruszony, lecz nie daje po sobie nic poznać. Byłby w tym podobny do prawdziwych Galisyjczyków, o których Hiszpanie mówią, że są nieprzeniknieni. Jeśli spotkasz Galisyjczyka na schodach, opowiadają, nie poznasz, czy jest zadowolony, czy smutny, ba!, nie zorientujesz się nawet czy z nich schodzi, czy na nie wchodzi.

Są tacy, którzy mówią, że chwiejąc się Pedra de Abalar daje ludziom znaki. Że przemawia przez niego prastara tajemna moc, Matka Ziemia albo Dziewica-Pasażerka. Przekaz płynie nieustannie i wasz korespondent jest niemal pewien, iż niesie prawdę. Skały zazwyczaj nie kłamią. To tylko my nie wiemy, jak interpretować sygnały. Zwłaszcza, że nieprzeniknieni Galisyjczycy z kamienną twarzą powtarzają: ten głaz chwieje się, kiedy chce.


wtorek, 25 stycznia 2011

Olite. Koszty wynajmu ochrony



Olite właściwie całe jest zamkiem, a może to zamek jest w Olite miastem, jeśli szukamy właściwych proporcji. Zamek (choć powinno się mówić: pałac) jest budowlą jak ze snów, i to tych gorszych - to labirynt dziedzińców, wyrastających znienacka wież, dziwnych drzwi, prowadzących ku nowym podworcom i nowym galeriom, tajemniczych tarasów, na które nie prowadzi żadne przejście, choć widać, że są tam ludzie i komnat, w których może już byłeś, a może jeszcze nie. Moloch bez planu. Gotycki rak w trzewiach wioski. Ale nie o tym chciałam. Chciałam - o innych plagach.

Pierwsza była plaga araynnuelas, które niszczyły oliwki (Cees Nooteboom pisze, że Olite leży na równinie jak pieniążek na chodniku i że wiatr gra na nim jak na flecie; to na tej równinie rosną oliwki). Nie wiem, czym mogły być araynnuelas, to słowo znaczyło coś tylko w 1304 r. Mnie kojarzy się z arañas, pająkami, ale przecież pająki nie jedzą oliwek. Ekspertem od araynnuelas został (pewnie z przypadku) święty Grzegorz z Sorlada. Poradził sobie całkiem nieźle, za co wieś - bo Olite jest wsią - wynagrodziła go po wsze czasy pięcioma sueldos corocznej jałmużny. Tyle samo dostawał (i będzie dostawał, jak długo potrwa świat) święty Millán z la Cogolla - za ogólną ochronę, pakiet standard przeciw złu. Od dżumy Olite najęło świętego Nicasio. Początkowo zadowalał się woskową świecą, którą alkad i rajcy fundowali mu w noc przed imieninami. W 1417 r. święty musiał zastrajkować, bo dopuścił zarazę niemal pod miasto. Rajcy ugięli się pod presją i odtąd Nicasio dostawał gigant gromnicę, którą, na dodatek, procesja obnosiła po całej wsi.


Świętej Brygidzie Olite zafundowało żywą maszynkę do modlitw; siostrzyczkę-pustelnicę zamkniętą za klauzurą. Nie pomogło to jednak na langusty (może Brygida bała się jaszczurek), więc kiedy przyszła plaga langust, wieś podnajęła świętego Marka Ewangelistę, który za pięć mszy w roku rozprawił się z gadzinami. Pomagał mu chyba święty Sebastian, bo przy okazji skapnęła mu parafia. Jakby to nie wystarczyło, Olite (3 tysiące mieszkańców!) wzięło na etat świętego Vidala, święta Quiterię, świętych Prima i Feliciano, świętego Marzala i Świętą Fe, czyli Wiarę. Wszyscy ci ochroniarze musieli jednak ciążyć budżetowi, bo gdzieś w XV wieku rajcy nałożyli na męską część populacji podatek: 500 sueldos za przyłapanie na cudzołóstwie. Na szczęście zapobiegawcza wieś pomyślała też o cudzołożnikach. Sto sueldos z kary mogli przeznaczyć na przebłagalną pielgrzymkę do Santiago de Compostela. I co prędzej zniknąć na równinie.


poniedziałek, 15 listopada 2010

Tako rzecze Muntaner



Manuskrypt ms. 1803 ma okładkę jak wszystkie zniszczone biblioteczne książki: gruby, czarno-szary melanż, jak nagrobek z lastriko. Grzbiet spięto brązową obejmą (może obejma jest skórzana, trudno to stwierdzić). Szary melanż jest wytarty na brzegach, ktoś wydziobał w nim dziury, dolny róg  zagięto. Dalej jest papierowa wyklejka, długi spis treści i wreszcie - zaczyna się! Wielki czerwony inicjał wpisany w fioletowy kwadrat: Lo prolech qu·en R. Muntaner feu.

Chciałam sprawdzić, jaki ma charakter pisma (bazgrze, choć nie kreśli, wiem to na pewno). Ale to - oczywiście - niemożliwe. Te staranne, wyraźne litery, te energiczne kreski i płynne łuki z manuskryptu ms. 1803 z Biblioteki Narodowej w Madrycie nie są przecież jego. Stare kartki pisane na patio w Xiluelli spłonęły dawno temu, bo choć Hiszpania jest (to jedyne, co wiem na pewno o Hiszpanii) krajem, gdzie przeszłość trwa, niezależnie od teraźniejszości, rękopisy mają to do siebie, że płoną najszybciej.



Sześćdziesiąt lat. Trzydzieści dwie bitwy na lądzie i morzu, więzienia i prześladowania, oblężenia, plądrowanie miast i zdrady, zwycięstwa i klęski. Almogawarzy w szyku, wojsko straszne i piękne, ostrzami krzeszą iskry z kamieni. Despierta ferro! Zbudź się, żelazo! Zbudź się, synu, wstań, przepasz biodra, wierszówka obiecana, pisz, bo przyjemnością Boga jest, aby było opisane...

Cudem pierwszym, rzecze cynik Muntaner, cudem pierwszym, pisze maczając pióro w ironii, było narodzenie En Jaime Zdobywcy, najszlachetniejszego króla spośród wszystkich władców świata. A z tym narodzeniem było tak.

Prawdą jest, rzecze Muntaner, iż król Pedro wziął za żonę Marię z Montpellier, najcnotliwszą spośród wszystkich panien, z powodów czysto materialnych. Chadzał zaś do innych. Co martwiło szlachtę z Montpellier, najszlachetniejszą ze szlacht. Bóg jednak w swej łaskawości sprawił cud, rzecze Muntaner, cud narodzenia En Jaime, najszlachetniejszego, najcnotliwszego, najwspanialszego, najwaleczniejszego, że lepszego nie było i nie będzie, za co dzięki Mu niech będą, i Najświętszej Panience, alleluja, Deo gracias, amen. Więc. Cud. Despierta ferro, budzi się żelazo, Muntaner pisze: było tak. Najszlachetniejsza szlachta z Montpellier dogaduje się z zaufanym rycerzem króla-ojca. - Kawalerze - mówią mu. - Nasza pani cnotliwa, twój król sypia z inną, potomka nie ma, ojczyzna w niebezpieczeństwie. Zwab króla na schadzkę do komnaty, my zaś tam po ciemku podłożymy naszą panią. A żeby wszystko było szlachetnie i pięknie, pójdziemy całym korowodem, weźmiemy dwanaście naszych najcnotliszych pań i dwanaście panienek, dwunastu konsulów, dwunastu najszlachetniejszych rycerzy i dwunastu najwyższych rodem panów z Montpellier i z baronii. No i biskupiego klerka, i dwóch kanoników, i czterech najpobożniejszych spośród nas. I zaczekamy pod drzwiami. A każdy z nas będzie miał w ręce świeczkę, ale zakrytą i rankiem wejdziemy do komnaty i oświetlimy łoże, i pokażemy królowi z kim legł, no powiedz, panie kawalerze, czy nie jest to wspaniały pomysł?

- Wspaniały - rzecze Muntaner ustami zaufanego rycerza króla, co za zdrajca, taki podły numer. - I godzę się na niego, ale tylko pod warunkiem, że przez cały tydzień w kościołach będą odprawiane msze w intencji Najświętszej Panienki i Siedmiu Radości, jakie dał jej Jej Syn.
Zatem zgoda. Lud modli się i pości, najcnotliwsze panienki gotują świeczki i sukienki, najszlachetniejsi panowie prasują najlepsze garnitury, aż wreszcie nadchodzi ten dzień, rycerz kłamie królowi, król wchodzi do ciemnej komnaty, po omacku zabiera się do rzeczy, nieświadom że za drzwiami, noc całą w pokorze, z osłoniętymi świecami w dłoniach, klęczy dwudziestu czterech szlachciców wysokiego rodu, dwanaście najcnotliwszych pań i dwanaście panienek, biskupi klerk i dwóch kanoników... Muntaner pisze i śmieje się w kułak, ociera załzawione oko, ależ cud zgotował ojcu swego władcy!

Ale to jeszcze nie koniec. Oto nadchodzi ranek, król w pieleszach, drzwi otwierają się bez pukania,  królowa naciąga prześcieradło pod sam nos, a oni wchodzą ze światłem, baronowie i konsulowie, i rycerze, i panie, i panienki, i klerk, i kanonicy; przedobrzyłeś Muntaner, jak oni mieszczą się w tej komnacie!, i padają na kolana, i pokazują królowi królową: przebacz nam, przebacz, Bóg, honor, potomek, ojczyzna! A król odkłada miecz, dobrze, już dobrze, niech wam będzie, oby was wysłuchał i spadajcie stąd.

Bóg zaś, który jest wielki i szlachetny, wysłuchał, i po tych wszystkich mecyjach, dziewięć miesięcy potem, urodził się En Jaime, władca, jakiego nie widział świat! I taki był cud pierwszy, rzecze Muntaner (jego jest puenta), pierwszy z wielu, a opisałem go, choć nie chciałem, w Xiluelli, w ogrodach Walencji, w wieku 60 lat, bo notabl w bieli obiecał mi i moim dzieciom solidną wierszówkę, a jak wam się nie podoba, to pretensje ku górze, zresztą bez bluźnierstw, jak mógłby nie podobać się wam Jego cud?