Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulice. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ulice. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 sierpnia 2012

Gelves. Horario: wieczór


 Wieczorem, kiedy budzimy się z drzemki, ulicami często niesie się stukot kopyt. Klak-klak-klak po asfalcie. Ciężkie, metalowe żaluzje są opuszczone, w pokoju panuje półmrok i nie widać kto i dokąd jedzie. Potem odzywają się dzwony, trzy dzwony z kościoła Santa Maria de Gracia, których nazw ciągle zapominam zanotować, ale idą jakoś tak: Święta Ana, Święta Izabela, Święta Maria Panna de Coś-Tam. Dźwięk spływa z góry do rzeki - to tanie dzwony, cieniutkie, brzmią blachą, nagrzaną blachą, to taka blaszana godzina, dwudziesta piętnaście, za kwadrans msza, znak, że zelżał już upał i świat na zewnątrz znów nadaje się do zamieszkania.


Więc wychodzimy i idziemy do portu. Do zmroku zostało jeszcze sporo czasu. Port to dobre miejsce o tej porze. Znad Guadalquiviru właśnie zrywa się mocny, gorący wiatr, który roznosi po miasteczku chmury żółtego pyłu. Można tam usiąść i wziąć kawę (choć nikt poza nami nie pija tu kawy o tej porze), i patrzeć jak knajpa Sześć Stóp powoli zapełnia się ludźmi i pomiędzy stolikami krąży pato-perro, kaczkopies, a raczej kaczka-kundel, nakrapiana jak siedem nieszczęść, która żebrze tu o chleb i odpadki, przekonana, że to wszystko jej się należy, a tym, co lekce sobie ważą jej prawa, potrafi zrobić awanturę, taką z gęganiem, wyskakiwaniem w powietrze, machaniem skrzydłami i fruwającym pierzem. Ale można też iść do miasteczka, na główną ulicę Real, gdzie - jeśli się będzie miało szczęście - środkiem jezdni przejadą dwaj ładni chłopcy na pięknych koniach, dwaj chłopcy w dżinsach i skórzanych butach, dwaj chłopcy o prostych plecach. Przystaną przed barem i wdadzą się w leniwą pogawędkę ze starszym panem, który wychyli się z okna na piętrze i będzie ich o coś pytał, a potem odjadą nieśpiesznie, klak-klak-klak kopytami po asfalcie.



czwartek, 12 lipca 2012

Między Malagą a Sewillą. Bylejakość


Najtrudniej jest opisać bylejakość. A chciałabym to zrobić, bo to ona jest dla mnie kwintesencją Hiszpanii. Po niej rozpoznaję ten kraj, kiedy tu wracam (bo wracam, wiem, nie pisałam, lecz znowu wracam). Ta bylejakość to jest to coś, o czym nie pamiętam, kiedy mnie tu nie ma (bo nie ma o czym), a co sprawia, że gdy wracam i wyglądam przez okno (pociągu, samochodu, samolotu), myślę z ulgą, że już wiem, gdzie jestem.

Trudno dobrze opisać, o co mi chodzi. Może o ten zaułek na tyłach blokowiska, który widzieliśmy z okna pociągu, kiedy już ruszyliśmy z Malagi: spalona słońcem żółta ziemia, kołami paru starych aut, które tu parkują, ubita na twarde jak beton klepisko, ogrodzona porwaną siatką, ze ślepą ścianą bloku w tle, z jakimś pękiem wiszących kabli, z pomiętymi ulotkami z supermarketu i kilkoma przypadkowymi kamieniami, wszystko to bure, żółtawe, zblakłe, powoli dążące do osiągnięcia jednolitej, byle jakiej barwy, do spłowienia. Oczywiście nikogo tam nie ma. Oczywiście wszystko to zalane jest ogłuszającym słońcem. Byle jakie. Pociąg rusza, jedziemy dalej, wasz korespondent nie wie, jak opisać to, co zobaczył.


Takie obrazy (zapachy, dźwięki) najmocniej kojarzą mi się z Hiszpanią, tą Hiszpanią, o której chcę pisać (bo o każdej innej można przeczytać gdzie indziej). Ziemia bez trawy. Niebieskie wiaderko, podstawione pod cieknącą klimatyzację. Trup karalucha, wymieciony z domu na chodnik. Sznurek samochodów za śmieciarką, która zablokowała główną ulicę. Byle jakość all inclusive, rzeczy nieładne, mój własny, sekretny system znaków, po których się rozpoznajemy – Hiszpania i ja.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Albacete. Pora wystawiania krzesełek


Wczesnym wieczorem w Albacete, kiedy zelżeje już upał, nadchodzi pora wystawiania krzesełek. Krzesełka są różne: stare kuchenne taborety, wysłużone skajowe fotele, ale najczęściej lekkie turystyczne składaki z aluminium i płachty płótna. Na krzesełkach zasiada się i się siedzi. Nic więcej. Czasem zamieni się parę słów z sąsiadem z krzesełka obok, ale nie za często, bo - po prawdzie - wie się z góry wszystko, co sąsiad mógłby powiedzieć. Więc po prostu się siedzi. Nie wiem na ten temat nic pewnego, ale sądzę, że może to przypominać podróż statkiem, gdy - samemu będąc nieruchomym - chłonie się wrażenie tego, co nas mija. Jest w tym ciekawość, lecz umiarkowana, podszyta obojętnością i przede wszystkim spokój. Dużo spokoju.

Oni nie mieli krzesełek, ale mieli ławkę. Na zadrzewionym skwerze, tuż przed własnymi domami.
On stęknął i przygarbiony uniósł się z tej ławki.
- A teraz? - zapytał, nachylając ekran notebooka. - Teraz widać?
- Jak przestaniesz zasłaniać, to może będzie widać - powiedziała ona cierpliwie. Pozostałe trzy zgodnie pokiwały głowami: - Świetnie, Paco. Naprawdę, teraz widać znakomicie - wygdakały chórem, głosami wyćwiczonymi w chwaleniu wnuków, tak, że ciężko było rozróżnić która z nich wymówiła które słowo.

Paco zadowolony opadł na ławkę obok kobiet. Teraz mieli już wszystko: skrzynkę po oranżadzie stabilnie ustawioną na sztorc, ułożony na niej notebook, pochylony ekran i podkręcony dźwięk, a nad ich ławką właśnie zapadała noc. Tu, na skwerku, pod drzewami, w których grały cykady, było już ciemno jak w kinie i na niedużym ekranie łysina Yula Brynnera świeciła w technikolorze jak księżyc w pełni. Któraś z nich, chyba ta, która chciała, żeby Paco przestał wreszcie zasłaniać, odwróciła się jeszcze i obrzuciła nas karcącym spojrzeniem. Miała rację, bo przecież przeszkadzaliśmy, przechodząc im za plecami, a na dodatek wcale nie mieliśmy biletów na ten seans.

Odeszliśmy cicho i teraz nie mam pewności, czy na notebooku ustawionym pod gwiazdami na skrzynce po oranżadzie, na skwerze przed własnym domem oglądali "Siedmiu wspaniałych", "Braci Karamazow", czy może jakiś kryminał z czasów, gdy wszyscy byli jeszcze młodzi.

środa, 13 lipca 2011

Cuenca. Miasto miłości

Co mogę napisać o Cuence? Co powinnam o niej napisać? Takie miasto, które wisi nad wąwozem rzek Jucar i Huecar jakby mieszkańcy nie bali się grawitacji, zasługuje na dobrą historię - na nastrojową historię z puentą i przesłaniem, i jakimś bohaterem, którego spotkalibyśmy przypadkiem, na ulicy, żeby usłyszeć coś mądrego i prostego jednocześnie. Cuenca zasługuje na taką historię, ale ja jej nie mam.

Pamiętam tylko bezużyteczne drobiazgi. Na katedrze, której fasady nie mogę sobie przypomnieć, był drewniany krzyż pamięci Jose Antonio Primo de Rivery, syna dyktatora, rozstrzelanego przez republikanów lidera Falangi - ktoś obrzucił ścianę z krzyżem balonami z czerwoną farbą; wyglądała jak poplamiona krwią. Casas Colgadas nie utkwiły mi w pamięci, wiem za to, że minęliśmy jakiś dom, cały zastawiony donicami z kwiatami, ale to nie były żadne porządne kwiaty, tylko wyszarpane z pola chaszcze, zdziczały rumianek i zwykłe chwasty. Pleniły się bez umiaru, poutykane w wielkie puszki po smarze i oleju, a dom wyglądał na opuszczony. Nie weszliśmy do muzeum sztuki współczesnej, ale gdzieś na jakimś murze stała rzeźba z drewna: na wierzchowcu z korzenia siedziały dwa pniaki, ten z tyłu miał zadartą gałąź między tym, co powinno być nogami. Dalej było jeszcze gorzej, bo za przystankiem autobusowym, na środku uliczki siedziało stado pięciu kotów, a wielki rudy kocur bez pośpiechu dobierał się do szarej kotki. I niestety wokół nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć coś mądrego i prostego jednocześnie.

Takie rzeczy pamiętam z Cuenki. I pamiętam jeszcze, że chciałam złożyć z tego jakąś historię, lecz niestety nie pamiętam jaką. Zresztą, czy z tego można w ogóle złożyć jakąś sensowną historię? Nie sądzę. Przypominam sobie tylko, że ta, którą chciałam napisać, miała mieć tytuł "Cuenca. Miasto miłości".


wtorek, 31 maja 2011

Cáceres. Deszcz w disneylandzie

Pod Łukiem Gwiazdy w Cáceres powinny stać bramki - jak w metrze albo u wejścia do disneylandu. Metalowy kołowrót, szczelina na bilet, tak sobie to wyobrażam. Dwa lub trzy rzędy bramek, bilet robi pik!, kołowrotek szczęka, tłum pomału wlewa się do środka, obok wolne wyjście dla wychodzących. Starówka Cáceres jest tak osobna od reszty miasta, że aż prosi się o jakiś rytuał przejścia, a ludzie, którzy - zbyt swobodnie! - mijają Łuk, pasują do bramek, biletów i kolorowych opasek, zapewniających wstęp na wszystkie atrakcje. Wszyscy mają mapki w dłoniach i bodaj żaden nie jest miejscowy.

Wygląda na to, że starówki Cáceres wcale nie zrobiono dla miejscowych. Za Łukiem Gwiazdy, w obrębie wysokich murów, nie ma nic dla tych, którzy chcą coś kupić lub załatwić, którzy mają jakąś sprawę, gdzieś się śpieszą, idą do domu, chcą tylko przejść. To nie takie miejsce. Za Łukiem Gwiazdy, w starym Cáceres, nie ma sklepów, reklam, mieszkań ani biur. Jest tylko disneyland z piaskowego kamienia, tematyczny park rozrywki o profilu: średniowiecze. Jeśli wchodzisz, to dla wrażeń, a nie po to, by tam żyć.


Więc przechodzimy pod Łukiem, choć nie mamy biletów i zagłębiamy się w kamienny labirynt. Atrakcje mamy wypisane na mapce. Pan z informacji ruchem automatu zakreślił nam, czego nie można przegapić, a to nie byle jaki disneyland! Wszystko jest w najwyższym standardzie: muzea, kościoły, bluszcz na ścianach i herby. Idziemy trasą obowiązkową - Dom pod Orłem i pod Słońcem, Pod Małpą, Pałac Toledo-Moctezumy, Wieża Bocianów - a Wielki Mechanik parku raz po raz naciska guzik i znienacka z ciemnych chmur spadają na nas kaskady wody. Z piskiem chowamy się po zamkniętych bramach, w przemokniętych klapkach, w zamokłych koszulkach przeczekujemy psikusy Obsługi i idziemy dalej, ku kolejnym atrakcjom. Boćki z ochrony dyskretnie monitorują nas z kościelnych wież i klekoczą przez krótkofalówki.

I tak chodzimy i mokniemy, chowamy się i znów chodzimy, cierpliwie ustawiamy się w kolejki do atrakcji, a kiedy mamy już dość średniowiecza i kamieni, przechodzimy pod Łukiem Gwiazdy i wracamy do normalnego świata - tam, gdzie ludzie biegną do pracy, załatwiają sprawy i tłoczą się przy restauracyjnych stolikach, bo właśnie wybiła godzina posiłku.



poniedziałek, 14 marca 2011

Albacete. Co jest, a czego nie ma w Mieście Noży

- Nie ma - powiedział ten z robotników, któremu w końcu zrobiło się żal. - Zabrali go.
Skwer pomiędzy katedrą, radą miasta i Muzeum Noży był niedbale osłonięty siatką i zryty koparkami. Przez dziury w siatce wasz korespondent usiłował wypatrzeć kilkumetrowy nóż z drewnianą rączką, wbity z fantazją z miejski trawnik. - Zdjęli go na czas remontu - wyjaśnił inny robotnik. - Ale w domu mam prawie taki sam duży, mogę ci pokazać...

Albacete leży na Mesecie płasko jak naleśnik. Al Basit, Płaskość - tak nazwali je Arabowie, w czasach, kiedy Albacete było małą osadą u podnóża wielkiej Szynszyli. I płaskość jest atrybutem tego miasta, zewsząd otoczonego równiną. Nawet dziesięciopiętrowce, ciasno stłoczone przy wąskich ulicach, kurczą się i maleją w perspektywie płaskowyżu, który czyha u wylotu każdej głównej arterii. Przedmieścia nie łagodzą tego stanu, bo przedmieść prawie tu nie ma, miasto kończy się jak - nomen omen - nożem uciął.



Klasyczna albacetańska navaja jest  misterna i składa się w pół jak scyzoryk. El cabo, czyli rękojeść, stanowi zwykle polerowany róg jelenia lub byka (José Expósito Fernandez, zmarły w styczniu mistrz nożowniczy, wspominał, że jego życie upłynęło, zakonserwowane w zapachu rozgrzanego byczego rogu). La hoja, czyli ostrze, jest długie i wąskie jak liść palmy. Zdobi się je grawerunkami pnączy, kwiatów i małych ptaków, czasem inskrypcjami w rodzaju: "Gdzie przemawia stal, język powinien milczeć". La virola, miejsce, w którym obraca się ostrze i el rebaja, koniuszek rękojeści, który zabezpiecza zamknięty nóż, powinny być wykonane ze stali lub alpaki. El muelle natomiast robi się wyłącznie ze stali i - o ile wasz korespondent zdołał dobrze to pojąć - jest to pasek wzdłuż rękojeści, stabilizujący otwarte ostrze. Albo coś bardzo podobnego.

Cały powyższy słowniczek wasz korespondent przyswoił sobie nieopodal katedry, w budyneczku oblepionym pistacjowymi kafelkami, gdzie mieści się jedno z trzech na świecie muzeów noży i nożyczek. Tam również dowiedział się, że sztukę nożownictwa przywieźli do Albacete ci sami Arabowie, którym miasto zawdzięcza nazwę. Największy rozkwit tutejsze nożownie przeżywały w XVII wieku. Sto lat później musiały już - choć z powodzeniem - borykać się z zakazem posiadania białej broni, wprowadzonym przez króla Filipa V. Mimo to w Albacete istniała wówczas cała dzielnica nożowników, skupiona wokół ulicy Zapateros, czyli - ekhem - Szewskiej. Nawiasem mówiąc, z tą ulicą jest coś nie tak, gdyż wasz korespondent żadną miarą nie umie jej odnaleźć na planie...


Jeszcze 30 lat temu po Albacete przechadzali się uliczni sprzedawcy noży, z asortymentem umieszczonym w pasie na brzuchu. Ponoć najbardziej lubili wskakiwać do tramwajów i autobusów, i tam namawiać pasażerów do zakupów. Teraz w Albacete jest ok. 70 fabryczek noży. Zatrudniają ponad 2 tys. osób, a wielkość ich produkcji szacuje się na 60 mln euro rocznie. Jest poza tym dwuletnia szkoła, stowarzyszenie oraz - serio, serio - Fundacja Rozwoju Nożownictwa.
I to prawie wszystko, jeśli nie liczyć katedry, modernistycznego pasażu i tradycyjnej posady z XVI w., przekwalifikowanej na czytelnię. A także bloków, oczywiście. Łatwiej wyliczyć, czego w Albacete aktualnie nie ma, a mianowicie: pogody, zabytków oraz wielkiego noża, wbitego w trawnik, który budził wielki i niezdrowy entuzjazm waszego korespondenta. Sam zaś wasz korespondent nie ma wciąż swojego piętra i - będąc na etapie poszukiwań - żywi nadzieję, że w Mieście Noży nie ma również karaluchów. 







* Wasz korespondent pragnie zapewnić Was, iż słowa płaskość oraz nożownik (w znaczeniu rzemieślnik wytwarzający noże) nie są jego radosną twórczośnią, ale słowami istniejącymi w polszczyźnie i figurującymi w Słowniku Języka Polskiego PWN. Słowo honoru ;))

wtorek, 1 marca 2011

Septimo-piso Reaktywacja. Kurs na Miasto Noży


Każde piętro, każde miasto ma swoje odgłosy. W Cartagenie, na Siódmym Piętrze, codziennie przed południem słychać było Samochód z Nożami. Oczywiście, na początku nie wiedziałam, że to Samochód z Nożami. Przyjeżdżał regularnie, ustawiał się na krzyżówce, włączał głośnik i nadawał. Za pierwszym razem pomyślałam, że to komunikat o ewakuacji, ale ton głosu spikera uspokajał. Był głęboki, miodowy i apelował o coś z entuzjazmem. Najpierw nauczyłam się tego tak, jak w dzieciństwie angielskich piosenek: na pamięć, jednym ciągiem, bez podziału na słowa. Czysta fraza, melodyjny bełkot. Z czasem zaczęłam wyławiać zrozumiałe wyrazy. Wreszcie komunikat przemówił. - Senores y senoras! - nawoływał z zapałem spiker. - Noże z Albacete! Prosto z fabryki do każdego domu, mieszkania, zakładu pracy! Najlepsze noże prosto z fabryki z Albacete. Nikt nie może się bez nich obejść!
Komunikat leciał z taśmy dwa razy pod rząd. Kierowca Samochodu z Nożami palił w tym czasie papierosa i gawędził z facetem z masarni. Potem rzucał niedopałek na jezdnię, wsiadał za kierownicę i odjeżdżał na sąsiednią uliczkę. "Senores y senoras! Cuchillos de Albacete!" niosło się wąwozem między blokami coraz cichsze i cichsze. Wciąż umiem je na pamięć.
Nigdy nie myślałam, żeby pojechać do Albacete. Nigdy nie było mi tam po drodze. Ale teraz pojadę. Właściwie, kiedy to czytacie, jestem w drodze.
Jeszcze nie wiem na które piętro.

czwartek, 9 września 2010

Niedziela w supermarkecie Europa


Kolejka zaczynała się kilometr przed granicą i sunęła wolno po mokrym asfalcie, pod ołowianym niebem. Z daleka wydawało się, że wstrzymuje ją zwykły opór materii; jakby po prostu brakowało miejsca i trzeba było czekać aż ktoś opuści kraj, zanim kolejny samochód będzie mógł się w nim zmieścić. Z bliska okazywało się, że to właściwie prawda. Może Andora ma 468 km kwadratowych, ale większość to strome stoki gór. I półki.

Była promocja na romańskie kościółki. "Miłośnicy sztuki romańskiej - mówiła reklama - staną jak wryci, gdy ujrzą wspaniałą cylindryczną wieżę dzwonną kościoła Santa Coloma". "Koniecznie trzeba zobaczyć - zachęcał folder - słynny fresk w koście Sant Marti, ukazujący bestię z rozdwojonym ozorem podobną do wilka". Skusiła nas bestia, minęliśmy granicę - i niechcący wjechaliśmy do supermarketu. W dodatku zamkniętego.

Kraty, rolety, spuszczone żaluzje. Pogaszone światła. Zza ciemnych, szklistych fasad wystawały nieudolnie ukryte białe cielska magazynów. Tabliczki z nazwami miast (może były to wsie) stały między nimi, jakby ktoś postawił je tam dla żartu. Z reklam patrzyli zbyt duzi ludzie o zbyt białych zębach. Auta nie zatrzymywały się i chodniki były puste. Nie pamiętam ani jednego sklepu spożywczego, było za to dużo stacji benzynowych, jakby w tym kraju mieszkały tylko samochody. Zimny górski wiatr niósł zapach benzyny, smaru i śniegu.

W końcu zaparkowaliśmy i poszliśmy poszukać kościółka. Stał w drugim rzędzie, za magazynami, obok luksusowych bloków z szarego kamienia i wyglądał jak własna makieta. Całkiem, jakby wczoraj ktoś ułożył go na równo wystrzyżonym trawiniczku z łupku, kupionego w supermarkecie. Oczywiście, był zamknięty i jeśli w środku były jakieś bestie, nie mogły wyjść. W trawie przy ogrodzeniu kryły się dwa miniaturowe groby. Jeden należał do kobiety, drugi do dziewczynki.

Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy w góry. Droga kończyła się przy wyciągu narciarskim. Leżał na niej śnieg. Na asfalcie ktoś napisał wielkimi literami: "Will you marry me?" i "Go, Lance, go!". Zjechaliśmy na dół. Przy głównej ulicy stał inny kościółek. Też był maleńki i strzelisty, ale zrobiono go ze szkła i aluminium. Wokół fasady wił się jasnozielony baner. Kiedy podjechaliśmy bliżej, okazało się, że to nie kościół, a bank. Też był zamknięty. Wciąż nigdzie nie było ludzi. Może siedzieli pozamykani w blokach z szarego kamienia, a  może nigdy ich tu nie było. Jak w nieczynnym supermarkecie.

Poddaliśmy się i nie szukaliśmy już więcej. Zapytaliśmy faceta ze stacji benzynowej, gdzie możemy jechać na zakupy. Popatrzył na nas jak na wariatów.
- Przecież jest niedziela - powiedział.


piątek, 11 czerwca 2010

Pięć procent


Już drugi raz idą mi pod oknami: nauczycielki, strażacy, pielęgniarki, śmieciarze, urzędnicy, policjanci z drogówki, profesorowie z uniwersytetu. Piękny strajk; flagi zwisają z równej długości kijków, związkowe symbole wyszły prosto z centrum małej poligrafii: na sztywnej folii, wodoodporne, estetyczne (po strajku odpowiedzialny człowiek zbiera je i chowa do furgonetki). Ktoś niesie wycięty ze sztywnego kartonu dymek jak z komiksu: - Niech za kryzys zapłacą bogaci!
W Hiszpanii jest 3088400 pracowników budżetówki. To prawie 15 procent czynnych zawodowo obywateli. Zarabiają - w zależności od wykształcenia - średnio od 548 do 1161 euro miesięcznie. Rząd Zapatero właśnie obciął im pensje o pięć procent i zamroził na cały następny rok. Zamierza zaoszczędzić na tym - oraz na likwidacji becikowego i wstrzymaniu rewaloryzacji emerytur - 15 miliardów euro i zmniejszyć deficyt budżetowy do sześciu procent.
Ile to jest pięć procent pensji mniej? Dla profesora na uniwersytecie albo lekarza publicznej służby zdrowia średnio 82 euro. Co miesiąc. Jakieś dwa obiady w restauracji, dwie pary butów albo 55 chlebów...


piątek, 8 maja 2009

Miasto i dźwigi


To miasto powinno mieć w herbie żurawia. Wielkie metalowe ptaszysko na jednej nodze. Dźwig.
Ciągle coś tu budują. Albo burzą. Miasto nieustannie się przekształca, zmienia formę, ewoluuje. A przynajmniej tak było do niedawna. Gdy uderzył kryzys, wraz z całą Hiszpanią, największym placem budowy zachodniej Europy, miasto zamarło. Robotnicy sobie poszli. Zostały dźwigi. I dziury.
Więc teraz wygląda to tak: idziesz wąską uliczką w cieniu przyklejonych do siebie kamienic i nagle, z boku, otwiera się dziura. Dziura też jest wąska, a nad nią wisi pęk splątanych, związanych byle jak kabli. Tu był dom. Już go nie ma. Zostało coś w rodzaju cienia: zarys ciemniejszych cegieł na sąsiedniej ścianie, ślad po wyburzonych schodach i kafelki. Te kafelki są właśnie najsmutniejsze, bo przypominają, że ktoś kiedyś tu mieszkał. Wyłożył kuchnię różową glazurą, w łazience miał biało-granatową szachownicę, a sąsiad... No właśnie. Nie ma już sąsiada, został abstrakcyjny kolaż na ceglanym murze. Fundamenty zarasta zielsko.
Czasem gdzieś, na stalowych podporach, czeka samotna ściana frontowa, ładna, modernistyczna, z pięknym balkonem. Przed nią ulica, za nią pustka. Stoi i czeka. Kiedyś na pewno coś tu będzie: drogi apartamentowiec, stal i szkło złączone ze starymi murami, prestiż. Czasem nawet w takiej dziurze czai się jakiś robotnik w małej kopareczce. Ale rzadko. Najczęściej jest cicho, zielsko krzewi się w spokoju, kafelki blakną na słońcu, a koty polują na ptaki. Życie płynie obok.