
Na tapas chodziliśmy do La Esquinica, na plażę do Bułgarek i do tej knajpy na przedmieściach, która miała w nazwie przemarsz słoni; do portu wpadaliśmy raczej na obiady. W Esquinice dawali najlepsze ślimaki. Jadło się je wykałaczkami, brudząc się pikantnym sosem i oblizując palce. (Na południu w ogóle jadło się inaczej, ze wspólnych talerzy i często palcami, brudząc niemożebnie papierowe obrusy i sterty jednorazowych chusteczek). W Esquinice mieli też świetny
queso fresco a la plancha, delikatny biały ser smażony na patelni i polany oliwą, i krewetki we wrzącej oliwie z czosnkiem; trzeba było uważać, żeby nie sparzyć ust. W Przemarszu Słoni robili niezrównane
chipirones. Za parę euro dostawało się ćwiartkę cytryny i wielki talerz panierowanych kalmarów, nie większych od kciuka. Wyglądały jak miniaturowe cthulhu. U Bułgarek (naprawdę były Bułgarkami, prowadziły knajpę na plaży w La Mandze, a gotowały tak świetnie, że polecili nam je Hiszpanie) zamawiało się
gambas gabardina, krewetki w puchatym piwnym cieście, z którego sterczał tylko golutki, czerwony ogonek... No, i
marineras. W Cartagenie zawsze zamawialiśmy
marineras.
Marineras były typowo murcjańskie. Nie widzieliśmy ich w żadnym innym regionie, zanikały już kilkadziesiąt kilometrów na północ od Murcji, jak cafe bombon i inne dobre rzeczy, które w Cartagenie dawano w każdym barze. Ich podstawę stanowiła ensalada rusa, w której ze zdumieniem odkryliśmy poczciwą sałatkę jarzynową, leitmotiv wszystkich ciocinych imienin i świąt, nie wiedzieć czemu oddany we władanie rosyjskie. Czasem tylko kanoniczną kompozycję gotowanego ziemniaka, selera, marchwi, zielonego groszku i majonezu zakłócał intruz tuńczyk lub, o zgrozo, oliwki. Poza tym wszystko było jak u babci. Dom daleko od domu.
Sałatka w marineras nie była jednak samotna. Układano ją na czymś w rodzaju bladego suchego precelka o kształcie wąskiego owalu; nazywał się rosquilla i można go było kupić w paczkach w supermarkecie. Całość wieńczyło anchois. Sałatka zalegała grubą warstwą, precelek był kruchy - trzeba było przegryźć go tak, żeby się nie złamał w palcach, zostawiając nas z papką sałatki w dłoni i rękawie. Anchois ze szczytu lubiało zostawić na nosie jedzącego wilgotne maźnięcie oliwy. Trzy kęsy. Zwykle zamawialiśmy po jedno, dwa marineras na głowę.
Nie będzie puenty. Przywiozłam paczkę rosquillas na Parter*. Pozwolicie, że na chwilę Was opuszczę ;)
(* pewnie można je jakoś upiec, nie jestem w tym dobra, ale obstawiam ciasto jak na włoskie grissini: mąka, woda, oliwa i drożdże; zresztą krakersy jako baza też dadzą radę)
PS. Nie, nie czytałam tej książki