Najmniejszych jaszczurek nie widać, widać dopiero ruch: pryskają czymś wystraszone i człowiek orientuje się, że w jakimś miejscu była mała, chuda, szaro-zielona jaszczurka, czasem z odgryzionym ogonem, który właśnie odrasta. Są też większe jaszczury, długości dłoni, grubsze i solidniejsze, o żabich łapach-przyssawkach. Kilka żyje w naszym ogródku (który nie jest ogródkiem, tylko spłachetkiem uschłej, niepodlewanej od dawna trawy) i wasz korespondent przez dłuższy czas miał to męczące wrażenie, że gdzieś już je widział, aż wreszcie przypomniał sobie wielkiego jaszczura z Parku Güell i odtąd może już spać spokojnie. To było tam.
Nasz ogródek (który nie jest ogródkiem, tylko czymś w rodzaju ogrodzonego kawałka stepu) służy też za miejsce ostatniego spoczynku starych sof. Carmen, właścicielka naszego domku, wystawiła je tam niefrasobliwie, by rozpadły się od słońca i wiatru (bo przecież nie od deszczu). Tkwią więc na płytkach tarasu W jednej mieszka mysz, która wychodzi o zmroku. To duża mysz, z długim ogonem i sterczącymi uszami - szczur właściwie. Buszuje w sofie, łazi po murze głową w dół, a jeśli siedzimy naprawdę cicho i spokojnie, z przygaszonym światłem, podchodzi do drzwi balkonu i zagląda do środka. Staramy się jej nie przeszkadzać. Mieszka tu dłużej od nas.




















