niedziela, 22 lipca 2012

Gelves. Pasażerowie na gapę

Najmniejszych jaszczurek nie widać, widać dopiero ruch: pryskają czymś wystraszone i człowiek orientuje się, że w jakimś miejscu była mała, chuda, szaro-zielona jaszczurka, czasem z odgryzionym ogonem, który właśnie odrasta. Są też większe jaszczury, długości dłoni, grubsze i solidniejsze, o żabich łapach-przyssawkach. Kilka żyje w naszym ogródku (który nie jest ogródkiem, tylko spłachetkiem uschłej, niepodlewanej od dawna trawy) i wasz korespondent przez dłuższy czas miał to męczące wrażenie, że gdzieś już je widział, aż wreszcie przypomniał sobie wielkiego jaszczura z Parku Güell i odtąd może już spać spokojnie. To było tam.


Nasz ogródek (który nie jest ogródkiem, tylko czymś w rodzaju ogrodzonego kawałka stepu) służy też za miejsce ostatniego spoczynku starych sof. Carmen, właścicielka naszego domku, wystawiła je tam niefrasobliwie, by rozpadły się od słońca i wiatru (bo przecież nie od deszczu). Tkwią więc na płytkach tarasu W jednej mieszka mysz, która wychodzi o zmroku. To duża mysz, z długim ogonem i sterczącymi uszami - szczur właściwie. Buszuje w sofie, łazi po murze głową w dół, a jeśli siedzimy naprawdę cicho i spokojnie, z przygaszonym światłem, podchodzi do drzwi balkonu i zagląda do środka. Staramy się jej nie przeszkadzać. Mieszka tu dłużej od nas.




środa, 18 lipca 2012

Gelves. Horario: poranek



Jest czarno, zupełnie czarno i nic nie zapowiada świtu. Bańki ulicznych lamp na calle Mandarina świecą na pomarańczowo. Nie ma żadnego stopniowego rozpraszania mroku, żadnych szarości. Po prostu nagle widzisz, że niebo ma dwa kolory: mniej i bardziej granatowy. Pozioma linia, która je dzieli, to grzbiet pagóra, pod którym siedzi Gelves. Wtedy zaczynają piać koguty, a jeśli wyjrzysz na drugą stronę domu, zobaczysz jak w chaszczach nad Guadalquivirem rodzi się kula żaru.

Odtąd masz już niewiele czasu. Trzeba wyjść i depcząc swój własny cień dojść do przelotówki. O tej porze nie ma na niej korków, ale ten czarny, tyczkowaty chłopak, który sprzedaje stającym na światłach kierowcom chusteczki do nosa i gumy do żucia, już pracuje. Jego torba wisi na słupie sygnalizacji świetlnej cały dzień. Później, w porze sjesty, kiedy chłopak znika gdzieś w cieniu, można by go obrabować z tego, co w niej ma, ale najwyraźniej nikomu się nie chce.


Za przelotówką zaczyna się pueblo viejo, stara część wsi. Nic wielkiego. Mijasz kilka domów i jesteś na głównej calle Real. Rankiem, na rogu, na murku, siedzi tu starszyzna. Trzech, czterech, czasem jeden dziadek ze słomianym kapeluszem i spuchłym, obłym brzuchem. Po prostu siedzi. Patrzy. Nie robi dwóch kroków, by usiąć na metalowych krzesełkach piwiarni Mateo i napić się kawy. O, nie. Po prostu siedzi. Patrzy. Czeka, aż pomału, noga za nogą, przyjdzie inny jemu podobny, aż przywlecze się ze swoją laską, kulą, balkonikiem. To poranna rewia mody ortopedycznej, a każdy z dziadków ma swój styl podparcia, jak styl życia. Funkcjonalna plastikowa kula. Elegancka drewniana laska ze złotym okuciem. Wyspecjalizowany balkonik. Elektryczny wózek w beznadziejnej pogoni za nowoczesnością. Tylko zwyrodnienia te same. I murek ten sam. I życie.



Przy calle Real jest cztery lub pięć barów. Jeśli słońce jest jeszcze nisko, można usiąść u Mateo, ale tam żar pojawia się najprędzej. Dlatego lepiej iść do Bodegon Gallito, gdzie cień trwa, aż słońce stanie w zenicie. Dają tam dobre, tanie i proste rzeczy, jak kawa i zgrilowane bułki z oliwą, i to właściwie wszystko, czego człowiekowi potrzeba rano do szczęścia. Potem można jeszcze iść do warzywniaka, który przy tej samej ulicy prowadzą Manoli i Alfonso, i gdzie, jak mawia Alfonso: "Jest wszystko". - En esta casa hay de todo - mówi więc poważnie Alfonso i pakuje do siatki małe, lekko cierpkie winogrona. Zostaje jeszcze tylko pozbierać zakupy i wrócić przez przelotówkę, czując jak słońce rozżarza się coraz bardziej. Od kilku dni wieje levante. Świat rozgrzewa się jak piekarnik.

To ostatni moment, żeby zamknąć się w domu, opuścić metalowe persjany, zatrzasnąć okna i przeczekać.

niedziela, 15 lipca 2012

Gelves. Kronika małego miasteczka. Prolog

Na początku trzeba robić najwięcej zdjęć. Nie wychodzić z domu bez aparatu. Notować szczegóły na skrawkach papieru. Trzeba się z tym śpieszyć. Nie wolno sobie obiecywać - przecież tu wrócę, innym razem, nie teraz, będzie jeszcze mnóstwo czasu. Nie będzie. Nigdy go nie ma. Najmniej zdjęć i opowieści mam z miejsc, gdzie mieszkałam najdłużej.

Ten czas - czas na zdjęcia i szczegóły - jest teraz, tylko teraz, na początku. Zanim miejsce, do którego się przybyło spowszednieje. Zanim przestanie się zwracać uwagę na skrawki kafelków azulejos, sprzedawcę loterii, niedojrzałe cytryny i nazwy uliczek. Szybko. Trzeba się śpieszyć.



Więc to miejsce nazywa się Gelves. Do niedawna miało 9401 mieszkańców. Teraz ma już przynajmniej 9404 i ta różnica bardzo rzuca się w oczy. W takim miejscu jak Gelves każda zmiana rzuca się w oczy, a my jeszcze sobie nie spowszednieliśmy, jeszcze zauważamy drobiazgi.

Gelves ma zatem przynajmniej 9404 mieszkańców, sprzedawcę loterii i dzielnicę, w której wszystkie uliczki mają nazwy cytrusów. Przy ulicy Kwiatu Pomarańczy (do której dochodzi ulica Cytrynowa oraz Grejpfrutowa) stoi mały domek, który swoją piętrowością wprowadza zamęt w tytuł tego bloga i gdzie przez miesiąc będzie rezydował wasz korespondent. Przez Gelves biegnie droga szybkiego ruchu, która prowadzi do odległej o kilka kilometrów Sewilli i która rozdziera to małe miasteczko na dwie, nierówne części. W Gelves jest plac i pomnik Joselito El Gallo, wielkiego torera, który urodził się tutaj i o którym na pewno jeszcze napiszę. W Gelves jest kilka barów i kościół, gdzie na ołtarzu stoi Matka Boska - duża, piękna lalka w bogatych ubrankach, a przy co drugiej kolumnie powietrze miesi stary wentylator. Człowiek, który w Gelves sprzedaje ryby, ma na imię Enrique i jest czcicielem Matki Boskiej - tej z Rocio, o ile wasz korespondent dobrze spamiętał, a wieczorami znad chaszczy nad Guadalquivirem podrywa się wiatr. Mamy jeszcze miesiąc dla siebie, my i Gelves, i to może być bardzo piękny miesiąc, jeśli wszystko pójdzie dobrze, jeszcze miesiąc, zanim wszystko nam spowszednieje i trzeba będzie ruszyć gdzieś dalej.


czwartek, 12 lipca 2012

Między Malagą a Sewillą. Bylejakość


Najtrudniej jest opisać bylejakość. A chciałabym to zrobić, bo to ona jest dla mnie kwintesencją Hiszpanii. Po niej rozpoznaję ten kraj, kiedy tu wracam (bo wracam, wiem, nie pisałam, lecz znowu wracam). Ta bylejakość to jest to coś, o czym nie pamiętam, kiedy mnie tu nie ma (bo nie ma o czym), a co sprawia, że gdy wracam i wyglądam przez okno (pociągu, samochodu, samolotu), myślę z ulgą, że już wiem, gdzie jestem.

Trudno dobrze opisać, o co mi chodzi. Może o ten zaułek na tyłach blokowiska, który widzieliśmy z okna pociągu, kiedy już ruszyliśmy z Malagi: spalona słońcem żółta ziemia, kołami paru starych aut, które tu parkują, ubita na twarde jak beton klepisko, ogrodzona porwaną siatką, ze ślepą ścianą bloku w tle, z jakimś pękiem wiszących kabli, z pomiętymi ulotkami z supermarketu i kilkoma przypadkowymi kamieniami, wszystko to bure, żółtawe, zblakłe, powoli dążące do osiągnięcia jednolitej, byle jakiej barwy, do spłowienia. Oczywiście nikogo tam nie ma. Oczywiście wszystko to zalane jest ogłuszającym słońcem. Byle jakie. Pociąg rusza, jedziemy dalej, wasz korespondent nie wie, jak opisać to, co zobaczył.


Takie obrazy (zapachy, dźwięki) najmocniej kojarzą mi się z Hiszpanią, tą Hiszpanią, o której chcę pisać (bo o każdej innej można przeczytać gdzie indziej). Ziemia bez trawy. Niebieskie wiaderko, podstawione pod cieknącą klimatyzację. Trup karalucha, wymieciony z domu na chodnik. Sznurek samochodów za śmieciarką, która zablokowała główną ulicę. Byle jakość all inclusive, rzeczy nieładne, mój własny, sekretny system znaków, po których się rozpoznajemy – Hiszpania i ja.

sobota, 9 czerwca 2012

Riomalo de Arriba. Złe miejsca


Wcale nie zamierzaliśmy zatrzymywać się w Riomalo de Arriba. Nie mieliśmy go w planach. Chcieliśmy pojechać do El Gasco, bo jeszcze 90 lat temu nie można było się tam dostać nawet konno i do Nuñomoral, gdzie wykwintnym podróżnym do kawy serwowano ludzkie mleko. W rezerwie mieliśmy jeszcze Vegas de Coria. W Vegas de Coria, nie tak dawno temu (w latach 80), pan Eusebio Sanchez spotkał po ciemku na szosie potwora, o którym bardziej światli obywatele orzekli, iż był kosmitą. W Riomalo de Arriba nie było nic, co mogłoby zrównoważyć te atrakcje. 



Może chodziło o nazwę; wieś miała w sobie to złowrogie "malo" i jeśli puściło się wodze wyobraźni, przywoływała echa bliżej nieokreślonych złych rzek (w dodatku Górnych), nieszczęść, niepowodzeń i spalonych na panewce przedsięwzięć. Całe Las Hurdes - najbiedniejszy i najbardziej odcięty od świata zakątek Hiszpanii, "Ziemia bez chleba" z filmu Buñuela - było w pewnym sensie takim złym miejscem. Zostawiliśmy samochód nad rzeką i przeszliśmy przez most.

Zza rzeki Riomalo de Arriba nie wyglądało na wymarłą. Na murku z czarnego łupku suszyło się pranie. W niebo kłuła pojedyncza antena satelitarna. Ale w labiryncie uliczek nie było żywego ducha. Niektóre dachy pozapadały się. Nawet ulica Nowa wyglądała staro. Z wnętrzności jednego z domów wyrastał zdziczały figowiec. Na innym, również ułożonym z tafli czarnego łupku, ktoś o dużym poczuciu humoru wywiesił tabliczkę "Na sprzedaż". Zastanawialiśmy się właśnie, czy przepisać numer telefonu, kiedy usłyszeliśmy głosy.



Niosły się pustymi ulicami, odbijały od ścian. Poszliśmy za echem. To była jakaś kłótnia - kilka osób wymyślało sobie, złośliwie rechocząc. Brzmiało to trochę jak sprzeczka, taka sprzeczka, która wybucha następnego dnia po imprezie, kiedy jest gorąco, duszno i lepko, i wszyscy już obudzą się z pijackiego snu. Nie mogliśmy jednak zrozumieć ni słowa. Ktokolwiek mówił, nie mówił po hiszpańsku. Nie był to też włoski, niemiecki, angielski. Nie przychodził nam do głowy żaden ludzki język o podobnym brzmieniu i zaczęliśmy podejrzewać, że może do Riomalo, feralnego Riomalo, zeszły z gór las jáncanas, dzikie estremadurskie kobiety-giganty z jednym okiem na czole i dwoma maleńkimi na potylicy, które złotymi nożyczkami obcinają języki pasterzom. Mogło tak być - w tym upale i duchocie nadciągającej burzy, na samym końcu świata, gdzie na szosie po zmroku łatwo spotkać potwora, kozę lub kosmitę, nie wydawało się to takie nieprawdopodobne. W każdym razie uznaliśmy, że lepiej będzie się stamtąd wynieść. Niczego nie notując i broń Boże nie zrywając niedojrzałych fig. 

sobota, 19 maja 2012

Małopolska. W tym sęk!



Jest, jest! Jest piękny, błękitny i jeszcze pachnie farbą drukarską! Zbiór moich reportaży historycznych, pisanych z okazji XIV Małopolskich Dni Dziedzictwa. Dwanaście opowieści z sękiem z Zakopanego, Zubrzycy, Zalipia, Bartnego, Dołęgi i Nowego Sącza. Można go dostać - całkiem za darmo - we wszystkich miejscach, gdzie odbywają się Dni, a także przeczytać on-line (wystarczy kliknąć w zdjęcie). Osobiście polecam wycieczkę - bo miejsca są bajeczne, weekend (ten i kolejny) zapowiada się nareszcie ładny, a w programie imprezy przewidziano m.in. dorabianie piątej klepki, plotki w dawnym maglu, wicie kwiatów z bibuły, projekcję "Zazdrości i medycyny" i wąchanie mazi. Zapraszam i polecam! 

A post hiszpański - poniżej ;)

Cap de Creus. Koniec świata


Łatwo było zauważyć gdzie zaczyna się to miejsce. Po prostu nagle robiło się pusto. Wsie kończyły się jak ucięte nożem, pola i sady urywały, drogi zwężały i stawały dęba, kiedy płaska dotąd ziemia zmieniała się w stromy stok. Dalej było już pustkowie: skały, trawy, wiatr, wreszcie, na samym końcu stara latarnia i morze. Taki był Cap de Creus, Przylądek Krzyży. Jeden z najpiękniejszych krańców świata.



Bardzo lubiliśmy jeździć na krańce świata. Czasem wyszukiwaliśmy je na mapach: miejsca, gdzie kończyły się drogi i dalej nie dawało się już jechać, najdalej na wschód/zachód wysunięte cyple, punkty styku z nicością. Na Cap de Creus miejscem granicznym była stara latarnia. Ktoś wykupił ją lub wynajął i urządził w niej niedbałą restaurację; jedzenie było wykwintne, ale każde krzesło pochodziło z innego kompletu. Te najbardziej połamane wystawiono nieco z boku. Przysiadały na nich mewy. Przed wejściem do knajpy rozłożył się podstarzały gitarzysta w białym stroju Elvisa. Długim kablem ciągnął z latarni prąd i grał bluesa. Jęki elektrycznej gitary zgrywały się z porywami wiatru. Te mewy, które nie siedziały na połamanych krzesłach, zawisały nad Elvisem nieruchomo, jakby to jego muzyka unosiła je w powietrzu.


Dalej od morza, wśród wysokich traw, można było wypatrzeć dolmeny. Z miejsca, gdzie stały, widać było całą Zatokę Róż: idealnie półokrągły księżyc plaży i białe klocki apartamentowców, potem szachownicę pól i znów miasteczko. Zapadał już zmierzch i czuło się, że tu, na krańcu świata, jesteśmy zupełnie z dala - daleko od tych, co pracują, sieją, zbierają, martwią się kryzysem, kochają, patrzą na zegarki i jeżdżą na wakacje; że jesteśmy z dala od życia i czasu. Tu, na Cap de Creus, wśród wysokich traw, czas nie płynął, wiał tylko mocny, ciepły wiatr. Można było doskonale zrozumieć, dlaczego pięć tysięcy lat temu ludzie szli taki kawał stromej, kamienistej drogi, żeby właśnie tu pochować swoich zmarłych. Był to jakiś pomysł na raj. A przynajmniej na wieczność.