wtorek, 26 października 2010

Peralada. Fałszywe przesłanki



Miasteczka w Katalonii przypominają kamienne labirynty, ale są to labirynty dziwne. Nie można w nich zabłądzić. One tylko wyrzucają. Ulice biegną po łuku, wiją się wokół centrum i odrzucają obcego z niewidzialną siłą odśrodkową, jakby broniły czegoś, co jest w środku.

Peralada nie była inna. Główna uliczka wiła się miękko i z łagodnym uporem wypychała nas na zewnątrz. Wracaliśmy na nią zdeterminowani. Skręcaliśmy w jakieś nieprawdopodobne zaułki i znów wylatywaliśmy. Wszystkie domy przy plaza mayor były mniej więcej tej samej wielkości, więc szukaliśmy czegokolwiek: napisu, tabliczki, pomnika, ale niczego nie było i chude koty patrzyły z litością na naszą walkę. Jeden z nich, biały z rudo-pręgowanym ogonem, miał spotworniałe oko: rozpychało mu oczodół niczym szklana kulka w kolorze chorego, mętnego błękitu. Trafialiśmy na niego za każdym nawrotem - mały minotaur, królik-przewodnik w zbyt łatwym labiryncie. Nie ma przypadków, są tylko fałszywe przesłanki. Plac, którego pilnował kot, nosił imię człowieka, którego szukaliśmy.


Człowiek nazywał się Ramon Muntaner. Był poważanym obywatelem Walencji. Z nieznanych przyczyn on - człowiek wysoko urodzony i wykształcony - przyłączył się do Kompanii Katalońskiej Rogera de Flor, najbardziej zuchwałej zgrai najemników w historii, która narobiła takiego zamieszania w basenie Morza Śródziemnego, że greccy mnisi do dziś nie chcą wpuszczać do Meteorów turystów z Katalonii. Ramon Muntaner - szlachcic, żołnierz, najemnik, ponoć szpieg. I kronikarz. Bardzo zuchwały kronikarz. Urodził się w kamiennej Peraladzie, w największym domu u szczytu plaza mayor.

Ale w Peraladzie, przy plaza mayor, wszystkie domy były mniej więcej tej samej wielkości i błądziliśmy pod chorym okiem białego kota. Siedział, zaszyty w gąszczu roślin doniczkowych, które przesłaniały wejście do kamienicy w zaułku. Nie ma przypadków; po prostu niektóre rzeczy zdarzają się, bo świat jest już bardzo stary i wyczerpały się scenariusze. Dzieje się więc kilka rzeczy: koty czmychają, lecz niedaleko, pomiędzy donicami otwierają się drzwi i wychodzi z nich starsza kobieta z wiadrem w ręce - dokładnie taka, jakie są starsze kobiety, które dokarmiają bezdomne koty i bez umiaru rozsadzają doniczkowe rośliny - a my lądujemy w środku naprawdę kiepskiej fabuły. Ale nie ma już dokąd uciec. Mamy kwestie do wypowiedzenia: my i starsza kobieta z wiadrem i w fartuchu. Mamy swoje kwestie, więc pytam kobieciny z małego, odrapanego miasteczka o kronikarza sprzed siedmiuset lat, a ona odpowiada bez zdziwienia, jakby mówiła o wnuku sąsiadów.
 - Tak, tak, urodził się tu.


I już wiem, co się stanie, ale brnę dalej, że chodzi mi o dom, największy dom przy plaza mayor, bo nie ma tabliczki i chciałabym... A ona przygląda mi się nieuważnie zza grubych, brzydkich okularów i potakuje.
- Tak, tak, właśnie tu się urodził.
Jeszcze nie kapituluję, została jeszcze jedna linia obrony: plaza mayor jest za rogiem, za kamiennym przesmykiem, ale kobieta przerywa mi od razu.
- Przebudowano go. Jak burzono tamten stary konwent - mówi i niedbałym machnięciem wiadrem rozbija w drobny mak chronologię, na zawsze miesza czasy, epoki, stulecia. Cokolwiek powie - nie będę już widzieć o jaki wiek jej chodzi.
- Więc to ten dom?
- Ano ten.
- I pani w nim mieszka?
Potakuje. Nie ma przypadków. Przez chwilę stoimy w milczeniu. Patrzymy na kamienicę, na plątaninę kabli, urywający się balkon, porozsadzane kwiaty, na białą, plastikową rynnę.
- I jak... - pytam ostrożnie, bardzo ostrożnie, bo sytuacja jest zbyt nierealna, by płoszyć ją wścibstwem. - Jak się... tu mieszka?
- Ano dobrze - odpowiada kobiecina i dodaje: - Staramy się po prostu niczego nie zmieniać.
I w tym momencie coś złego do reszty dzieje się z czasem, czas zmienia się w jakiś wir, a może raczej staje, może nigdy tu nie płynął - w tym kamiennym miasteczku, spętanym kablami, w tym wielkim kraju na uboczu teraźniejszości. Nie umiem tego ocenić, tak jak nie wiem czy wciąż mówimy o tym samym człowieku, o kronikarzu sprzed 700 lat i o jego domu, czy ta kobieta mnie nie zrozumiała, a może nie rozumiem jej ja. Kot ze spotworniałym okiem drwiąco liże swój ogon. Nie zwraca już na nas uwagi. Kobieta chce odejść i jedyne pytanie, na jakie mnie jeszcze stać, brzmi głupio.
- Czy to pani kot?

czwartek, 30 września 2010

Hic sunt leones



- Proszę nie fotografować mnichów, jeśli się pokażą - mówi przewodnik głosem, którym zabrania się karmić lwy. Idziemy posłusznie: stadko turystów na gotyckim safari, pod żebrowymi sklepieniami. Niezgrabnie przekradamy się przez ażurowe krużganki, wypatrując, czy nie mignie gdzieś skwarek biało-czarnej cysterskiej sierści. - Wciąż mieszka tu 29 braci - zapewnia przewodnik. Więc zaprawdę - rezerwat.

Idziemy. Przez olszynę cienkich kolumn, wąwozem claustrum, w półmroku. Żebra krzyżują się nad naszymi głowami jak konary. Słychać szmer wody - to jeszcze fontanna, czy już wodopój? Nie wiadomo. - Woda jest zdatna do picia - ogłasza przewodnik.



Poblet ma w nazwie topole. Dziewięćset lat historii: pierwsze pola na pustkowiu, wojny, rzezie, ucieczki, powstania, rabunki. "Zawsze chciałem zamordować mnicha" - pisał Eco i cóż, w klasztorze w Poblet innym ludziom wielokrotnie się to udało. Ale my przychodzimy w pokoju, a nasz przewodnik-tropiciel dba, byśmy nic nie upolowali. Przez szklaną szybkę pokazuje nam: tu refektarz, tu mnisi jedzą. Biblioteka. A tutaj dormitorium, mnisi mają tu swe leża, teraz za dnia, oczywiście ich tu nie ma... Proszę, proszę dalej, wspinamy się po schodach, niech nikt nie zostanie w tyle, nie zatrzymujmy się zbyt długo, nasz zapach mógłby tu zostać i zmącić świętą aurę, a wówczas mnisi opuściliby znów to miejsce, by już do niego nie powrócić.

Wchodzimy do kościoła. Mrok, chłód i kamień. Kamienni władcy śpią w kamiennych sarkofagach, jakby ktoś przyciągnął ich łóżka przed ołtarz. Nogi wspierają o lwy. Ten szczupły, z równą brodą, to Jaime el Conqueror, Jakub Zdobywca. Zawinął szpiczaste stopy wokół kociego grzbietu i wygląda jak poziomy nietoperz. Ojciec nie chciał go spłodzić, poddani musieli schwytać go w pułapkę. Opowiem Wam kiedyś tę historię, znam huncwota, który ją spisał. To dowcipniś, wierzcie mi, dowcipniś i spryciarz. Powinniście go poznać, a w tym celu chodźmy stąd.

Nie płoszmy mnichów.


sobota, 25 września 2010

Baśń o Alhambrze


 Czytając Washingtona Irvinga w Granadzie


Mateo Jimenes miał 17 lat, mówił o sobie, że jest synem krawca oraz Alhambry i znał wszystkie baśnie arabskich nocy. Każda baśń Mateo zaczynała się tak: "Dawno temu, kiedy Granadą rządzili Maurowie..."; w  każdej było złoto, ukryte w fontannie i księżniczka, zamknięta w wieży. Moja baśń nie jest taka stara. Nie ma nawet stu lat. Są w niej fontanny, ale nie ma złota. Na pozbawione księżniczek wieże wieczorami wspinają się chłopcy z wędkami. Wysuwają wędziska przez strzelnicze okienka i - zamiast gwiazd - łowią jaskółki. Moja baśń jest młodsza niż baśnie Mateo. I Mateo też w niej jest.


 Pamiętam wszystkie rozjazdy: ten fatalnie oznaczony, niebezpieczny skręt przy Alhama de Murcia, skarpę Aledo majaczącą po prawej, przed wąwozami Lorki, potem potężną górę, pod którą siedziały bliźniacze miasteczka -  pierwszy zjazd w prawo na Velez Rubio, drugi na Velez Blanco - wreszcie pierwsze bielone jaskinie, kiedy dojeżdżało się do Bazy oraz ten absurdalny, rozmigotany zagajnik jasnozielonych topoli przy obwodnicy Guadixu. I jeszcze nieskończony pas drzew oliwnych - karnych jak żołnierze w szeregu, lekko wsparty o zbocze gór; pamiętam, że kiedy je mijaliśmy wszystkie były ścięte szronem i wyglądały, jakby zrobiono je ze srebrnego drutu. Siódme góry, bezużyteczne szczegóły...

W rzeczywistości moja baśń powinna zaczynać się tak: kiedy w 1829r., po ukończeniu biografii Kolumba, Washington Irving wyrusza z Sewilli ku Granadzie, o Hiszpanii wciąż można pisać książki podróżnicze. Przedsionek Afryki, dziki kraj, konie, muły, strzelby, wino w bukłakach, noclegi w karczmach. Irving zabiera naddatek dolarów dla grasujących po pustkowiach bandytów. To lepsze niż jazda z pustymi kieszeniami - bandyci ryzykują szubienicą i bardzo, ale to bardzo nie lubią ryzykować na próżno.


Alhambra, do której Irving dociera, nie jest jeszcze zabytkiem z internetowym systemem rezerwacji biletów. Jest romantyczną ruiną, zamieszkałą przez żołnierzy-inwalidów, biedotę i cudaków. Pisarz nie szuka przewodnika, to przewodnik znajduje jego. - Soy el hijo de la Alhambra. Jestem synem Alhambry - przedstawia mu się Mateo i od tej chwili wszystko przecieka w baśń. Za bramą z Kluczem i Dłonią zaczyna się druga strona lustra.

Mali chłopcy łowią tam z wież jaskółki na wędkę. Pod schodami mieszka Królowa Ostryg, wdowa po pięciu i pół mężach. Pulchna, pięknooka Dolores, która nie przeczytała w swym życiu więcej niż trzy książki, rozpacza po zdradzie gołębia. Nocami na dalekich stokach Sierra Nevada płoną ogniska zbieraczy lodu, a z dołu, z Granady niesie się stukot kastanietów. Pisarz otwiera tajemnicze drzwi i nocą błądzi po pałacach Nasrydów...



To wszystko prawda - i to jest baśń. Szczęka elektroniczna bramka, piszczy czytnik kodów, strażnik każe przełożyć plecak na brzuch. Nie ma już nietoperzy w Pałacu Lwów i wszyscy wchodzimy sobie w kadr z widokiem na patio księżniczki Lindaraji. A księżniczka, wierzcie mi lub nie, jest tak samo prawdziwa, jak siedemnastoletni Mateo, syn krawca i Alhambry, który znał wszytskie legendy i którego może nigdy nie było. Yes, indeed, "I am always at a loss to know how much to believe of my own stories", mr Irving.

W mojej kulawej baśni jego historie opowiada plastikowy audio-guide.


 "Alhambrę" Washingtona Irvinga można w oryginale przeczytać na stronach biblioteki University of Adelaide

czwartek, 9 września 2010

Niedziela w supermarkecie Europa


Kolejka zaczynała się kilometr przed granicą i sunęła wolno po mokrym asfalcie, pod ołowianym niebem. Z daleka wydawało się, że wstrzymuje ją zwykły opór materii; jakby po prostu brakowało miejsca i trzeba było czekać aż ktoś opuści kraj, zanim kolejny samochód będzie mógł się w nim zmieścić. Z bliska okazywało się, że to właściwie prawda. Może Andora ma 468 km kwadratowych, ale większość to strome stoki gór. I półki.

Była promocja na romańskie kościółki. "Miłośnicy sztuki romańskiej - mówiła reklama - staną jak wryci, gdy ujrzą wspaniałą cylindryczną wieżę dzwonną kościoła Santa Coloma". "Koniecznie trzeba zobaczyć - zachęcał folder - słynny fresk w koście Sant Marti, ukazujący bestię z rozdwojonym ozorem podobną do wilka". Skusiła nas bestia, minęliśmy granicę - i niechcący wjechaliśmy do supermarketu. W dodatku zamkniętego.

Kraty, rolety, spuszczone żaluzje. Pogaszone światła. Zza ciemnych, szklistych fasad wystawały nieudolnie ukryte białe cielska magazynów. Tabliczki z nazwami miast (może były to wsie) stały między nimi, jakby ktoś postawił je tam dla żartu. Z reklam patrzyli zbyt duzi ludzie o zbyt białych zębach. Auta nie zatrzymywały się i chodniki były puste. Nie pamiętam ani jednego sklepu spożywczego, było za to dużo stacji benzynowych, jakby w tym kraju mieszkały tylko samochody. Zimny górski wiatr niósł zapach benzyny, smaru i śniegu.

W końcu zaparkowaliśmy i poszliśmy poszukać kościółka. Stał w drugim rzędzie, za magazynami, obok luksusowych bloków z szarego kamienia i wyglądał jak własna makieta. Całkiem, jakby wczoraj ktoś ułożył go na równo wystrzyżonym trawiniczku z łupku, kupionego w supermarkecie. Oczywiście, był zamknięty i jeśli w środku były jakieś bestie, nie mogły wyjść. W trawie przy ogrodzeniu kryły się dwa miniaturowe groby. Jeden należał do kobiety, drugi do dziewczynki.

Wróciliśmy do samochodu i pojechaliśmy w góry. Droga kończyła się przy wyciągu narciarskim. Leżał na niej śnieg. Na asfalcie ktoś napisał wielkimi literami: "Will you marry me?" i "Go, Lance, go!". Zjechaliśmy na dół. Przy głównej ulicy stał inny kościółek. Też był maleńki i strzelisty, ale zrobiono go ze szkła i aluminium. Wokół fasady wił się jasnozielony baner. Kiedy podjechaliśmy bliżej, okazało się, że to nie kościół, a bank. Też był zamknięty. Wciąż nigdzie nie było ludzi. Może siedzieli pozamykani w blokach z szarego kamienia, a  może nigdy ich tu nie było. Jak w nieczynnym supermarkecie.

Poddaliśmy się i nie szukaliśmy już więcej. Zapytaliśmy faceta ze stacji benzynowej, gdzie możemy jechać na zakupy. Popatrzył na nas jak na wariatów.
- Przecież jest niedziela - powiedział.


wtorek, 24 sierpnia 2010

Jak pasteryzować opowieści


Bar Casa Paco mieścił się na górce, na przeciw uniwersytetu i już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to sąsiedztwo niezawinione. Między kampusem a barem rozciągał się wielki, płaski, rozgrzany jak patelnia parking. Po lewej straszyła spięta stalowymi klamrami, wybebeszona arena do corridy. Wokół  piętrzyły się ruiny. Wiatr przeganiał wte i we wte gorący żółty pył.

Bar Casa Paco właściwie sam był ruiną. Ostatni budynek wśród zgliszcz, podparty stemplami. Z początku jeszcze miał balkon - żelazny, arabeskowy - ale po kilku dniach zabito go deskami i zasłonięto plastikową płachtą. Wydawało się, że dalej pójdzie już szybko. Kierowcy buldożerów, którzy równali sąsiednie budynki pod apartamentowiec, nawet nie gasili silników, kiedy przychodzili do Casa Paco na kawę.

W środku było ciasno i ciemno. Po ostrym, cartageńskim słońcu oczy długo przyzwyczajały się do mroku. Kiedy wreszcie odzyskiwało się wzrok, najpierw dostrzegało się migający słabo fliper, a później zakurzone, wyblakłe plakaty. Na ścianach u Paco wciąż rządził Raul Saez, torero z Cartageny, lokalna gwiazda, bezdomna przez niekończący się remont areny oraz chłopcy z Realu Madryt, z czasów, kiedy ich trenerem był Beenhakker. Nad lustrem, nad rzędem napoczętych butelek czuwała Matka Boska. Pod nią czuwał któryś z dwóch braci Paco: szary jak kurz na butelkach, w koszuli równie spłowiałej, co ściany, spokojny, milczący i cierpliwy. Sam Paco nie żył już od paru lat.



Chodziliśmy tam na kawę. Stary ekspres z Casa Paco pluł do przezroczystych szklaneczek gęstym espresso, któryś z braci dolewał skondensowane mleko, które osadzało się na dnie grubą warstwą. Słodka, zawiesista jak upał kawa południa - nigdzie na północ od Walencji nie dostaliśmy dobrego cafe bombon; nigdzie w Hiszpanii nie piliśmy lepszego niż u Paco, przy aluminiowych stolikach, wystawionych na rozgrzanym parkingu, pod czujnym okiem kotów, które polowały w gąszczu wokół rozbebeszonej areny. Oczywiście, bar Casa Paco też miał być zburzony. Cała patelnia, na której był parking, była przeznaczona na reprezentacyjny skwer. Braciom Paco obiecano nowy szklany pawilonik-budkę. Tam miał przenieść się bar. Czekali na to ze spokojną rezygnacją.


To pewnie mogłaby być dobra historia. Stary bar-ruina, słodka kawa, buldożery z włączonymi silnikami. Pewnie by mogła... Ale cóż poradzę, upał jak wrzący syrop zalewa parking, wszystko grzęźnie w nim po kostki, po kolana, po szyje i przylepia się do rozgrzanych powierzchni.  A zatem: architekt zapomina zaprojektować pawilon na nowy bar, pod areną odnajdują się resztki rzymskiego teatru, prace zostają wstrzymane, nie można kopać dalej, nie można przenieść baru, bracia Paco zostają w ruinie, moja fabuła rozłazi się w szwach i tak zastyga... Czas topnieje. Jest za gorąco, zbyt słodko i lepko, żeby cokolwiek mogło się zmienić. Więc nic się nie zmienia. Wszystko trwa. Gorące i mokre powietrze konserwuje. Tak w Hiszpanii pasteryzuje się opowieści...


środa, 18 sierpnia 2010

Zgubić odnalezioną arkę


- Nie - mówi ta pani. - Już zamknięte.
I zamyka, choć do zamknięcia powinno być jeszcze pięć minut, choć gnaliśmy tu stromą wąską drogą, bezpowrotnie mijając święte megality. Nie. Drzwi są grube, mury wysokie, z wysokości drwiąco szczerzy się na nas otwór średniowiecznego wychodka. Zamknięte.

To pustkowie, jesteśmy na pustkowiu. Cap de Creus, Przylądek Krzyży: wulkaniczne skały oddzielają morze od równiny jak ustawiony na sztorc grzebień. Po drugiej stronie grzebienia, tam, gdzie nie ma już nic, jest klasztor. A klasztor jest tak stary, że ma wewnątrz korynckie kolumny.

tacy, którzy wierzą, że Święty Graal jest w Katalonii. Miał go mieć Wilfred Włochaty, hrabia Urgell, a jego rzemieślnicy wymalowali kielich na ścianach dziewięciu romańskich kościółków zagubionych w dolinach Pirenejów. Może tak było, może nie; ale klasztor San Pere de Rodes na pustkowiu, twarzą do morza, wygląda, jakby stworzono go na kryjówkę. Mówiąc szczerze, cała Hiszpania tak wygląda. Jeśli gdzieś w Europie można jeszcze coś ukryć, to tylko tam.


Ścieżka jest wąska, zakrzaczona. Wiedzie nad klasztor, do ruin zamku Verdera. Zamek siedzi na okrakiem na skalnym grzebieniu. Wiatr, który nadciąga z Zatoki Róż i rozpędza się na równinie Empordy, chłoszcze ślepą absydę - ostatnią ocalałą ścianę. Stąd widać, że to musiało być tak: mała łódź z uciekinierami, skaliste wybrzeże, mała zatoka, bardziej katastrofa niż udane lądowanie. Podobno rozbitkowie znaleźli jaskinię, w której wcześniej żył pustelnik. Podobno ukryli w niej to, co na rozkaz papieża, wywieźli z podbitego przez barbarzyńców Rzymu. Ukryli na tyle dobrze, że nie zdołali potem odnaleźć kryjówki...


Nie, nie. Już zamknięte. Jest zbyt późno. Słońce zachodzi za skalny grzebień. Pięć minut to za mało, żeby znaleźć skarb. Zresztą, ktoś już go znalazł, nie ma czego szukać. To była skrzyneczka bez wieka, trochę kości i fiolka. Watykan podobno potwierdził: czaszka i prawe ramię Piotra Apostoła, w fiolce krew Chrystusa. Chyba nic wielkiego w kraju, który ma chustę św. Weroniki, ciernie z korony i wiązkę drzazg z krzyża. W tych sprawach Hiszpanie nie znają umiaru. Być może nie można znać umiaru, mając nad głową zbyt oślepiające niebo.

Słońce zachodzi za skalny grzebień. Ostatni promień (ten, który powinien być zielony) przez szczelinę ruin  pada na klasztor. Powinien to być znak, ale nie jest. Jest, jak zwykle, pięć minut za późno, Zostały tylko zgliszcza zagadki, którą ktoś inny rozwiązał. Może da się tu jeszcze coś odnaleźć, lecz na pewno nie Graala. Graal, mówi mój przewodnik po Hiszpanii, jest w katedrze w Walencji. Naprawdę.



wtorek, 13 lipca 2010

Pogrzeb

Upał z szarego nieba. Takie tam jest niebo - szaro-niebieskie, bez chmur, ale czymś przesłonięte: gazą, firanką, półniewidoczną zasłoną. Coś dzieli człowieka od bezlitosnego błękitu  i jest to jakieś wybawienie, choć jednocześnie przydusza żar przy ziemi. Jest duszno.
Jest gęsto. Od głębokiej, ciemnej, lepkiej, cienistej zieleni.
Jest chłodno. Chłód sączy się z wnętrza kościoła, wycieka kruchtą; jeszcze nie wszedłeś, już go czujesz. I kadzidło. Zawiesiste, dymne kadzidło.

Kościół jest pełen po ostatnie ławki: z odprasowanych koszul, ze stylonowych bluzek wyrastają pociemniałe od słońca szyje, ramiona i karki. To chłopska opalenizna, polna - tak spala się skóra przy żniwach, przy kopaniu młodych ziemniaków, w pokłonie nad ziemią przy zbieraniu truskawek. Wchodzimy, ale nikt się nie odwraca. Trwa różaniec: splecione ręce, pochylone głowy. Głosy jak jeden głos.
- Znaliśmy go wszyscy - mówi ksiądz. - Jako parafianina, jako sąsiada, jako członka rodziny. Ojca. Dziadka. Brata. Znaliśmy go, a dziś żegnamy.

Ten kościół nie jest duży, a przypomina kalejdoskop. Każda powierzchnia i płaszczyzna ma tu swój własny deseń i barwę; kreska jest prosta jak komiks. Na łukach kwitną girlandy maków, po kolumnach pną się bławatki, z tęczy zwisają róże, winne grona i kłosy pszenicy. Fałszywe kolumny są różowe upiornym różowym różem, zwieńczone pseudo-korynckimi ślimakami, które ktoś pomalował na złote złoto. Ciężkie, barokowe ołtarze gryzą się z tym wszystkim jak niemodne meble, oddane ubogiej rodzinie na wieś. Bo to jest wieś. Wiejski kościół. Wiejski pogrzeb.

- Był dobrym człowiekiem - mówi ksiądz. - Dobrym parafianinem. Dawał nam, tu na ziemi, przykład głębokiej i żarliwej wiary. Modlił się często i w skupieniu. Nie opuszczał mszy świętej niedzielnej. A często bywał także na mszy świętej w dzień powszedni. Zawsze miał czas dla Boga i dla Kościoła.
Ksiądz mówi powoli. Krótkimi zdaniami. Oddziela je od siebie przerwą ciszy, jakby się zastanawiał.
- Miał swoje miejsce w kościele - mówi ksiądz i milknie. - Wiemy, gdzie było to miejsce. Będziemy pamiętać, że było jego. On dla nas zawsze będzie tam stał. Dla Kościoła miał otwartą rękę. Angażował się w życie parafii. Nosił feretron. Pomagał układać kostkę brukową przed wejściem do kościoła. Ułożył spory fragment. Można było zwrócić się do niego z prośbą o pomoc, a on zawsze znajdował czas. Wiemy o tym wszyscy, sąsiedzi, mieszkańcy. Pomagał chętnie. Miał radę dla każdego. Interesował się...
Ksiądz mówi jakby czytał z kartki do jakiejś odwrotnej spowiedzi. Jego głos wybrzmiewa w kolorowym kościele, rozbija się o pozłocone kapitele, o drewniane, pokolorowane figury, o grube, powykręcane aniołki, z ołtarzy, o morze ludzkich głów. Trwa obrzęd. Pachnie zawiesistym kadzidłem. Na zewnątrz czeka żar z szarego nieba.

Odzywają się organy i nagle, bez zastanowienia, w kościele wybucha pieśń. To pieśń-skarga, głośna, potężna, śpiewana z pełni płuc, jednym tonem, w którym trudno nawet oddzielić od siebie głosy kobiet i mężczyzn. Stara. Monotonna. Straszna. Ściskająca gardło. Pieśń-jęk.
- Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud - rozlega się w kościele, jak huragan.
Jesteśmy w Polsce. W domu.

***
I to właściwie powinien być pogrzeb Siódmego Piętra. Wróciliśmy. Nie chcę udawać, że piszę z Hiszpanii, siedząc za stołem w Krakowie. Jest jednak kilka rzeczy, które nie dają mi spokoju. Trochę zdjęć, parę historii. Chciałabym jeszcze je opowiedzieć. Są prawdziwe i zdarzyły się w Hiszpanii, ale nie zdążyłam już umieścić ich na septimo-piso. Będą więc opowiedziane stąd, z Parteru. A potem? Jeszcze nie wiem. Na pewno nie zostawię tak tej Hiszpanii... :)

PS.
Jeszcze tylko... ogłoszenie parafialne. Tekst o biegających z bykami jest już na  stronie internetowej Polityki i można go przeczytać o TU.